Jeśli chcesz otrzymywać powiadomienia o nowych postach, podaj swój adres e-mail:

czwartek, 24 grudnia 2015

Bruce Willis!!!

Część z Was wie, że nie przepadam za świętami. Kto nie wie, ten właśnie się dowiedział. Mam swoje powody, którymi nie czuję się w obowiązku dzielić. Z całych świąt lubię tylko jedzenie, piosenki (tak, tradycyjną polską kolędę Dżordża Majkela przede wszystkim) i Kevina. No dobra, Love Actually. W każdym razie już drugi rok z rzędu zawartość mojej skrzynki bardzo, bardzo skutecznie poprawia mi humor.


Wysłałam: ??? Dopiero zauważyłam, że nie zapisałam! Nie mogę znaleźć nawet roboczej wersji listu. Jeśli go znajdę, natychmiast uzupełnię. Na pewno był to październik, chyba połowa. Wysłałam LOR, SASE, fotografię
Czekałam: ok. dwóch miesięcy
Adres: via 'Misery', Broadway (ciągle aktualny!)

Nie da się opisać mojej reakcji. Nie da się. Gdyby nie fakt, że sama otwierałam kopertę ze znaczkiem podbitym w Nowym Jorku, pomyślałabym, że ktoś mnie wkręca. No bo cholera jasna, to Bruce Willis! Największy filmowy twardziel tego świata, człowiek, z którym kojarzy się Boże Narodzenie ('Szklana pułapka', dla niezorientowanych), koniec świata ('Armageddon') i generalnie każda porządna rozróba. Dla mnie to też Paul Stevens z 'Przyjaciół' (ojciec studentki, z którą spotykał się Ross). Absolutnie najlepszy gościnny występ ever! Mówić dalej? Dobra. 'Szósty zmysł', 'Dzieciak', 'Pulp Fiction'... 
Pamiętajcie, dopóki żyje ten człowiek, niestraszny nam żaden kataklizm. ;)
A niech ktoś mi tylko słowem wspomni o autentyczności, to przysięgam, usunę go z facebooka!

Wracam kończyć sernik. Musiałam podzielić się tym podpisem, musiałam. Ale mam jeszcze kilka zaległych, więc w nowym roku będą notki.

To, że nie lubię obchodzić świąt, wcale nie oznacza, że nie składam ludziom życzeń. Zawsze dobrze życzę wszystkim ludziom bez wyjątku. Wam również życzę wszystkiego dobrego. Życzę Wam, żebyście kochali. Znajdźcie coś, kogoś... znajdźcie jakiś obiekt, zajęcie, które sprawi, że będziecie czuli się szczęśliwi. Parafrazując 'Love Actually': "W rozmowach telefonicznych osób, które przeżyły atak 11 września nie było żalu. Były wyznania miłości." Miłość ma wiele odcieni. Znajdźcie swój własny. :)

Na koniec jeszcze Michael, jak co roku. Miejcie swoje małe, dobre święta, jakkolwiek chcecie je spędzać. Wszystkiego dobrego.




Pozdrawiam
M.J.

piątek, 20 listopada 2015

Kristin Scott Thomas, Patricia Clarkson, Matthew Morrison

Wiecie, sprawa jest prosta. Skrzynka pusta, to i na blogu pusto. Autografy z tego wpisu dostałam jakiś czas temu, ale premierę odkładam jak mogę, bo jak szybko dodam, to co dodam później? Mam do opisania jeszcze dwa podpisy zdobyte osobiście jakoś w wakacje, ale później co? Później nic. A zegar tyka.


Wysłałam: 9.04.2015r. LOR, SASE, fotografia
Czekałam prawie 4 miesiące.
Adres: via 'The Audience' (nieaktualny)

Tę Panią możecie znać z 'Angielskiego Pacjenta', 'Zaklinacza koni' czy 'Czterech wesel i pogrzebu'. To tytuły, które jako pierwsze przychodzą mi na myśl, gdy usłyszę jej nazwisko. O ile w "Zaklinaczu" nie przekonała mnie jej miłość do Roberta Redforda (i vice versa), o tyle uważam, że subtelność uczucia między Katherine a Laszlo była naprawdę ujmująca. W ogóle to jest bardzo ładny film. Ralph to diabelnie przystojny facet i piekielnie dobry aktor, ale i tak najbardziej podobał mi się komentarz, że reżyser 'Harry'ego Pottera' zobaczył go z tymi poparzeniami i w ten sposób obsadził go w roli Voldemorta. Wracając do Kristin: jest aktorką bardzo - tutaj niestety muszę powtórzyć to określenie - subtelną, skromną w swoich środkach wyrazu. Mogłabym napisać nawet: zdystansowaną, mimo wszystko. Jest taka... kurczę, no, brytyjska! Ale to był komplement.


Wysłałam: 9.05.2015r. LOR, SASE, fotografia
Czekałam ok. 3,5 miesiąca.
Adres: via 'The Elephant Man' (nieaktualny)

Tę Panią z kolei od razu kojarzę z 'Zieloną milą'. Ostatnio grała w 'Jednym dniu' (dla mnie osobiście dość przereklamowanym). Słowo, które do niej pasuje to: wdzięk. Widziałam ją w kilku filmach i odznacza się niebywałym wdziękiem i klasą. Przy tym bije od niej niesamowite ciepło no i jest piękną kobietą. Za te nie powiem ile lat też chciałabym tak wyglądać, ale to chyba nie przy mojej pensji...


Wysłałam: 18.08.2015r. LOR, SASE, fotografię
Czekałam około miesiąca.
Adres: via 'Finding Neverland' (nadal aktualny!)

Dobra. 'Glee' to jedyne, co przychodzi mi na myśl. Okej, przychodzi mi na myśl jeszcze jeden tytuł, ale jest jeszcze słabszy niż 'Glee'. Ilość cukru w cukrze tego serialu jak również jego hiperpoprawność polityczna mnie przeraża, ale Matthew swoją rolę gra dobrze. Naprawdę ciężko wybrać najbardziej wkurzającą postać tego serialu, ale Mr. Schuester chyba jest w czołówce. To jest typ postaci, których szczerze nie cierpię. Mdły, nijaki, niby cośtam o nim było, ale nie do końca... Schuester to postać, która ma robić tło i nie mieć charakteru. Nie wiem, do którego dotrwałam odcinka, ale cieszę się, że przynajmniej do dziewiętnastego, bo inaczej ominąłby mnie jeden z lepszych coverów tej piosenki, a przynajmniej najlepsze wykonanie jakiejkolwiek piosenki w tym serialu (w razie czego mówię oczywiście o 'Dream On' w duecie z niesamowitym NPH, o którym już kiedyś pisałam)! Bardzo przyjemny, miękki wokal. Liderem go nie widzę, ale w musicalach może się bardzo fajnie zrealizować. :)

Pozdrawiam
M.J.



środa, 21 października 2015

Muniek Staszczyk, Halina Mlynkova, Krzysztof Pieczyński, Zbigniew Preisner

Dzisiaj jest dzień, który trochę zawiódł oczekiwania wielu osób. No bo kurczę, gdzie jest moja deskolotka? Gdzie mój latający samochód? Gdzie mój DeLorean przenoszący mnie do przeszłości w tę i z powrotem za pomocą skórki od banana i resztki coli? Nastawiłam się na wielkie przyjęcie powitalne, a tu co? Marty McFly z "Powrotu do przyszłości" przyleciał i odleciał!


Wszystkie podpisy pochodzą z wymiany z Krzysztofem, któremu po raz kolejny dziękuję.

Po pierwsze, Muniek. Muniek, którego już kilka razy próbowałam zobaczyć i posłuchać na żywo, ale jakoś mi się, cholera, nie udaje. A trzeba przyznać, że bardzo, ale to naprawdę bardzo lubię T.Love. Dobra, młode z nich chłopy, niedługo się załatwi.
Halinę Mlynkovą lubiłam dużo bardziej zanim została modną blondynką z telewizora. Lubiłam ją dużo bardziej gdy była swojską dziewczyną z aparatem na zębach, w kwiecistych spódnicach, z wspaniałym głosem wykorzystywanym w dobrych piosenkach. Teraz ją dalej lubię, po prostu... ograniczam sobie jej oglądanie. I słuchanie.
Pan Krzysztof Pieczyński! Ukochany Bruno z serialu o lekarzach, który wtedy jeszcze trzymał się lekarzy, medycyny i realiów polskiej służby zdrowia. Teraz chyba trochę bardziej stawia na pisanie niż granie, ale to może nawet lepiej, że nie wyskakuje z lodówki, tylko raczej tak wybiórczo do widza, z szacunkiem do niego i do samego siebie. W dobrych produkcjach, a przynajmniej niezłych.
No i Pan Preisner, nasza duma. Kolejna z resztą. Wydaje mi się, że nie ma co słuchać jego utworów wybiórczo. Cała magia tkwi w płynności albumu, zmianie tempa, emocji, ekspresji... trzeba przygasić światło, rozsiąść się wygodnie... i słuchać.
Dobrej nocy.

Pozdrawiam
M.J.

czwartek, 24 września 2015

Walter Hofer, Alexander Stoeckl, Richard Freitag, Manuel Poppinger, Piotr Żyła, Kamil Stoch

No to jestem. Obiecałam Wam gęste tłumaczenia, ale szczerze ich nie znoszę, zarówno czytać, jak i pisać. I nie wiem czego bardziej.
Dużo się u mnie ostatnio dzieje. Wydaje mi się, że pozytywnych rzeczy, więc w zasadzie powinnam się cieszyć. I chyba cieszę, bo żadnego doła, nawet małego, już dawno u siebie nie zauważyłam (odpukać!). Co to za rzeczy? Rzeczy w zasadzie z pozoru błahe, dotyczą mojego nudnego życia codziennego. Autografów na szczęście też przybywa, może nie jest to wyśniona ilość, ale zdecydowanie podpisy, o których można śnić. ;)
Na moim facebookowym profilu (przypominam, że go mam) wspominałam kiedyś o tym, że wrzesień zapowiadał się ciekawie. Chodziło o 40. Festiwal Filmowy w Gdyni, na którym miałam być obecna. Niestety musiałam zrezygnować z tego wyjazdu. Z ciężkim sercem, bo jednym z gości była Pani Jadwiga Barańska, którą kocham i wielbię całym sercem.
Możemy uznać to za gęste wytłumaczenia? Dobra. Odhaczone. 
Przejdźmy do nowego wpisu. Podczas gdy inni już dawno zostawili sprawę w tyle, ja postanowiłam nadal pławić się w fantastycznych wspomnieniach z Wisły.


O, w tej notce mam dużo do skomentowania. No to po kolei.
Albo nie, od końca. Cholera, no i nie wiem.
Dobra, zacznę ogólnie o zawodach.
W poprzednim wpisie wspominałam, że nie płaciłam za bilet na zawody. Wiecie, bardzo się z tego cieszę, bo gdybym płaciła, prawdopodobnie byłabym bardzo zła. Kupowałabym bilet na strefę stojącą (sektor B1 na TEJ mapie) i osiągnęłabym całe nic. Nie widać tego na mapkach i schematach, ale ten sektor nie przylega do zeskoku. Jeśli masz szczęście, długą rękę i odpowiednią miejscówkę, może złapiesz jakąś kartę autografową po zawodach, gdy skoczkowie wychodzą do barierki, ale to też nie jest gwarantowane, bo Ciebie i skoczka dzieli jeszcze przejście dla tzw.VIP-ów, którzy też chcą autograf, zdjęcie, chcą wyjść, jeść, pić, srać, generalnie im się wszystko należy, a przynajmniej tak im się wydaje. I mogą Ci ten autograf wyrwać sprzed nosa (przepraszam wszystkich, którym zabrałam kartę, serio, myślałam, że to dla mnie). Lepszym miejscem do zbierania podpisów jest sektor A3. Z tego co widziałam dosyć sporo skoczków zatrzymywało się przy kibicach po skoku. Na tym schemacie nie widać mojego sektora. W zasadzie widać, bo sektor B1 z tego schematu to sektor dla ludzi z akredytacją, przylega do zeskoku i do przejścia dla skoczków. Tam się zbiera i ogląda najlepiej. ;)
W kwestii zbierania podpisów mam jeszcze jedną uwagę. Zrozumcie, skoczek ma prawo odmówić podpisu. Wszystko zależy od tego w którym momencie go poprosicie. Z tego co zauważyłam nawet nie ma sensu prosić zawodnika po pierwszej serii (chyba że to "drugo-" czy nawet "trzecioligowy" skoczek, który nie ma szans na awans do serii finałowej). Pierwsza seria jest bardzo nerwowa, zawodnicy się spieszą, bo muszą przejść przez wszystkie kontrole i odprawy, skonsultować skok z milionem osób, na nowo się rozgrzać, wjechać na górę i skoczyć ponownie. To jest stres i gra, liczy się każda sekunda, a gdy X, Y czy Z zatrzyma się przy Kasi i Marysi, to dlaczego nie miałby się zatrzymać przy Janku? Przecież Janek też ma prawo prosić o autograf. A Tomek o zdjęcie. A cała masa innych osób o inne rzeczy. Po kwalifikacjach nie jest źle, ale najlepiej jest po serii finałowej, bo wtedy jest już luz, skoczkowie zabierają swoje zdjęcia i sami wychodzą do kibiców, jest już uśmiech i cierpliwość. Najlepszym dowodem jest Walter Hofer, którego każdy normalny człowiek po prostu się boi i spina się na sam jego widok. Ja też. Kiedy w trakcie zawodów przechodził obok mnie, aż czułam jak mnie coś mrozi. Zawody się kończą, Mazurek Dąbrowskiego wybrzmiał, migawki aparatów ucichły, Walter rusza w tłum, uśmiecha się, rozmawia, robi zdjęcia z kibicami, rozdaje autografy. Przysięgam, szczęka mi opadła. Z lekką obawą poprosiłam go o zdjęcie i autograf, więc wyobraźcie sobie moją minę, kiedy Walter Hofer mnie przytulił i sam złapał za telefon (telefon mu wyrwałam, dyrektor dyrektorem, ale jakby zepsuł to nie wiem, czy doczekałabym się rekompensaty...). Wniosek: nie taki diabeł Walter straszny, jak go malują. 
Dalej mamy Alexa, ale teraz powiem o Kamilu, bo boję się, że nie dotrwacie do końca wpisu, a koniecznie muszę o nim wspomnieć (bo od wielu lat jest moim najukochańszym skoczkiem, o czym pisałam już tysiąc razy). Oczywiście Kamil miał największe branie. Od razu napiszę sprostowanie, bo zaraz jakiś hejter (mam już hejterów, czy jeszcze nie osiągnęłam tego progu popularności?) mi wypomni, że zawsze krytykuję ludzi, którzy zbierają po dziesięć podpisów od tej samej osoby, a sama tak robię w kwestii Kamila. Otóż, moi drodzy potencjalni Hejterzy (tyle szacunku, że aż wielka litera), moja krytyka tyczy się ludzi, którzy robią tak za każdym razem. Owszem, mam 6 podpisów Kamila (tylko? serio?), ale tych sześć podpisów mam w sumie. Z trzech spotkań i dwóch listów (przy czym jeden dostałam ryczałtem z PZN-u), nie podsuwałam mu dziesięciu fotek pod nos paraliżując kolejkę. Ale wracając do meritum. Przed wyjazdem wyciągnęłam z albumu wywołaną fotkę z Kamilem (Tak, to ja. Chyba nie myśleliście, że młoda Cindy Crawford?) i uparłam się, że musi mi ją podpisać. Po zawodach stoję przy barierkach i czekam na niego, a po napierającym na moje plecy tłumie domyślam się, że jest już niedaleko. Wyciągam więc zdjęcie i mazak (moja uwaga: bierzcie grube markery. Zawsze.) i czekam. Idzie Kamil i tłum się ożywia, każdy coś chce, a on już niemal mechanicznie odpowiada i rozdaje karty: dzięki, proszę, proszę, dzięki, nie zapeszajmy, dzięki, jasne, dzięki. Doszedł do mnie, podaje kartę, a ja nic. Tu się na moment zaciął, bo taka reakcja była chyba mało spotykana. Wtedy zauważył to zdjęcie i... dziewczyny (bo na facetach to wrażenia nie zrobi), dobrze, że stałam przy barierkach, bo Kamil uśmiechnął się tak, że na bank nogi odmówiłyby mi posłuszeństwa. W tamtej właśnie chwili przypomniałam sobie wszystkie sportowe (i pozasportowe też) emocje, które napędzały moje uwielbienie do skoków a które niestety na jakiś czas zapomniałam. Ale to już nie jest ważne. Wszystko wróciło i wróciło na dobre, utwierdzając mnie w przekonaniu, że to, co sobie kiedyś wymarzyłam to nadal to, do czego chcę dążyć. Nieważne, że nie do końca rozumiecie. Kiedyś dokładniej Wam to wyjaśnię, ale... to za kilka lat. O ile MJ's przetrwa.
To teraz szybko o Aleksie! Alexa spotkałam już w Zakopanem, ale jakoś tak nie przywiązywałam do niego wielkiej uwagi, bo moim głównym targetem tamtego wyjazdu był Kamil (serio? szok!). Byłam tam jednak z moją koleżanką Agą, która z kolei bardzo przywiązywała uwagę do Alexa. Wzięła od niego autograf, zrobiłam im wspólną fotkę, później poszłyśmy na piwo (już bez niego, niestety). No dobra, dwa piwa. Chyba. Mniejsza. Wracałyśmy do naszego hotelu, już lekko uchachane i uchichotane i jedna z nas rzuciła "sprawdźmy, czy całodobówka czuwa". No dobra, to idziemy. Całodobówka jest, ale poza tym ulica pusta. To idziemy dalej, aż na horyzoncie pojawia się jakiś człowiek. 
M.J.: Patrz, ktoś idzie.
Aga: Pewnie Alex.
M.J. i Aga: (pijacki rechot przepełniony poczuciem zajebistości)
M.J.: (gdy dojrzała wyraźnie nadchodzącą postać) (cenzura) Aga, to NAPRAWDĘ jest Alex...
Aga: (cenzura) (osłupienie)
Alex: (pogodnie) Hello!
M.J. i Aga: He... he... helo...
Tak było kiedyś w Zakopcu, a teraz Alex przechodził obok, już nie taki piękny i młody jak kiedyś (zdziadziałeś trochę, taka prawda), ale go zaczepiłam. Jak sobie poszedł to pomyślałam "cholera, Aga to jednak ma oko do facetów...". Spojrzenie ma bystre, czają się tam diabełki... poza tym, kurczę, ja tak lubię tego faceta, że nie wyobrażam sobie nie mieć jego podpisu! Czekam na zimowy sezon i trzymam kciuki za Norwegów, żeby odnaleźli dawną świetność.
Nie udało mi się zrobić zdjęcia z Piotrkiem, ale dobrze, że mam chociaż podpisy. Od czego są kolejne zawody? ;)

Gratuluję wszystkim, którzy dotrwali do końca tego wpisu. Nic nie wygraliście, ale bardzo mi miło, że ktoś to przeczytał. ;)

Pozdrawiam
M.J.

czwartek, 27 sierpnia 2015

Thomas Diethart, Andreas Wank, Harri Olli, Jurij Tepes, Marinus Kraus, Stefan Kraft

Przyszła pora i na mnie. Na mnie i moje wspomnienia z Wisły. Część pierwsza:


Wszystkie podpisy zdobyłam osobiście podczas LGP w Wiśle w 2015 roku.

I teraz powiem Wam, jak to było i jak było. Bo ja w ogóle nie planowałam w tym roku jechać na skoki. Planowałam siedzieć w swojej pracy marzeń (którą rzuciłam, swoją drogą) i za psie grosze harować od rana do nocy. No ale pojechałam. I dostałam się do tak zwanych VIP-ów. Dostałam akredytację, nie płaciłam za bilet, a wszystko rozgrywało się centymetry ode mnie. Przysięgam. Płaciłam tylko za bilet na pierdolino (okazyjne dwie dychy!!!) i nocleg w najpiękniejszym miejscu na świecie. Kurna, ludzie, ja nie ogarniam, jak to się stało. M.J. miała więcej szczęścia niż rozumu i cudem jest nie to, że ja się w tych VIP-ach znalazłam, ale że ja tam cokolwiek zdobyłam. I że nie padłam na zawał wracając do hotelu, bo musiałam zapieprzać trzy kilometry pieszo, nocą, przez las. No, przez las było jakieś pół drogi, ale dżizys! Bo to wiadomo, co tam się czai? Niedźwiedzie, barszcz Sosnowskiego, napalony Peter Prevc? Nie wiem, co gorsze.
Byłam tam z koleżanką, która za skokami nie do końca teges, ale za to miała samochód i dobrze znała okolicę, więc pokazała mi różne zakątki. Co za tym idzie: całodobówki pod hotelem nie było. Nie tym razem.
Same skoki... no cóż, wyczuwam modę na Dawida Kubackiego. ;) Poza tym Wisła to nie Zakopane, nie było tej genialnej atmosfery, ale z drugiej strony była lepsza widoczność - nie atakowały mnie flagi ze wszystkich stron.
Dobra, resztę napiszę przy części drugiej. Niech no ja to tylko ogarnę...

Pozdrawiam (i jaram się na nowo!)
M.J.

niedziela, 19 lipca 2015

Juliette Binoche, Janel Parrish, Josh Radnor (PP)

Być może widzieliście już na fejsie, że coś planuję. Jak nie widzieliście, to Was tam odsyłam, ale póki co i tak wiele się nie dowiecie. Możecie trzymać za mnie kciuki.


Wysłałam: 24.02.2015r. LOR, SASE, fotografia
Czekałam prawie 3 miesiące.
Adres: via 'Antigone', UK (nieaktualny)

Juliette Binoche teraz może kojarzyć się Wam z kredytami, które oferują na każdym rogu ulicy, ale! Zalecam zapoznać się z jej filmografią. Chociażby z "Czekoladą" czy "Angielskim pacjentem". Świetny film, świetna obsada, świetne zdjęcia, świetna Juliette. I Ralph Fiennes taki przystojny. Swojego czasu grała też u Kieślowskiego oraz w "Wichrowych wzgórzach". Zawsze ciepło wypowiadała się o Polsce, ponoć ma tu jakieś korzenie, ale po 1. teraz każdy ma nasze korzenie, po 2. nawet jak nie ma, to my mu znajdziemy. Tak to już jest, bardzo lubimy się chwalić sławnymi rodakami. Ogólnie aktorka z niej dobra, dość kontrowersyjna, ale dobra. Bardzo subtelna, zarówno w kwestiach wizualnych jak i artystycznych. Ja ją lubię.


Wysłałam: 12.11.2014r. LOR, SASE, fotografia
Czekałam prawie 7 miesięcy.
Adres: via 'Dancing with the Stars', USA (nieaktualny)

Jest taki serial "Pretty Little Liars", a w nim jest taka Mona. I to jest właśnie ona (o dżizz, jakie mi tu częstochowskie rymy wychodzą). Generalnie serial porzuciłam, bo uznałam, że skoro scenarzysta sam się w nim pogubił, to ja tym bardziej nie zamierzam w to brnąć. Ale Janel jest tam serio bardzo fajna! W porównaniu do niektórych głównych bohaterek. Każdy serial musi mieć swoją Gwiazdę i w tym przypadku najwyraźniej została ją Janel. Sam serial też mogę polecić. Na początku świetny, a później... a później sami będziecie wiedzieli, kiedy zrezygnować.


Wysłałam: 23.09.2014r. LOR, SASE, fotografię
Czekałam ok. pół roku, dostałam swoją fotkę niepodpisaną + pre-print ze studia fan mail.
Adres: via 'Disgraced', USA (nieaktualny)

Wracając do seriali, które z każdym sezonem robią się coraz gorsze - "Jak poznałem waszą matkę" zdecydowanie powinno znaleźć się w czołówce tej listy. Dziewięć serii to ZDECYDOWANIE za dużo. No i Ted Mosby spokojnie może kandydować do miana najbardziej wkurzającej postaci ever. Jest nudny, wszystkich poprawia, cały czas bredzi jaki to jest nieszczęśliwy, jak to nie może znaleźć Tej Jedynej, jak bardzo chciałby ją znaleźć, ale sam z siebie nie robi ABSOLUTNIE NIC, żeby ją znaleźć. Serio, ciężko go lubić. Ale jeszcze ciężej jest go zagrać tak, żeby go nie przerysować. I mimo wszystko Joshowi udało się to bardzo dobrze!
Szkoda, że odesłał mi nadruk, ale cóż. Nigdy nie mów nigdy!

Pozdrawiam
M.J.

czwartek, 25 czerwca 2015

Shazza, Karolina Gorczyca

Cześć. Jak się macie? Gdybym ciągle popełniała ten (kolejny) ogromny błąd swojego życia i nadal była na polonie, pewnie broniłabym się lada dzień. Uff, jak dobrze.


Wysłałam: 11.02.2015r. LOR, SASE, 2 fotografie
Czekałam ok. miesiąca.
Adres: podany na stronie oficjalnej

Trochę głupio pisać o Shazzie zaraz po panu Wodeckim, ale co zrobisz, nic nie zrobisz. Trzeba szukać jakiś pozytywnych połączeń - jakby nie patrzeć, oboje są legendami. W innym znaczeniu oczywiście, ale są.
Pisałam kiedyś o Królu tego nurtu. Dzisiaj piszę o Królowej. Nie mam pojęcia dlaczego ta dziewczyna zrobiła karierę, a jeszcze bardziej nie mogę pojąć tego, jakim cudem się utrzymała. Nie oszukujmy się, nie jest dobrą wokalistką. Nie ma charyzmy wokalistek pokroju Kayah, Maryli Rodowicz czy Beaty Kozidrak. Ale Shazza była pierwsza w swojej bajce. Ładna, dobrze wypromowana, z chwytliwymi piosenkami. No i był bum, bo owszem, Akcent, Boys, Bayer Full, parę innych zespołów, ale KOBIETA W DISCO, tego jeszcze nie było.
W moim wpisie nie ma zgryźliwości - kiedy byłam kilkulatką nie miałam dostępu do cudów techniki i wynalazków wielkiego świata. Biegałam po podwórku w ubraniach ze szmateksu, oglądałam Smerfy i słuchałam disco polo. Podkochiwałam się w Zenku Martyniuku, a w przyszłości chciałam być właśnie taka jak Shazza. Zrobiła wielką karierę, zarobiła więcej, niż jestem sobie w stanie to wyobrazić, przetrwała falę krytyki, która dobiła już niejednego, na koniec wstała, otrzepała się i wróciła do mediów w jeszcze lepszej formie. Nie nagrywa już drugiego "Baiao Bongo", bo nie ma już drugiego roku 1995. Teraz jest era "Ona tańczy dla mnie", ale ona tak naprawdę nie musi nagrywać już nic. Dla początkującego umpa-umpowca jest tym, kim dla początkującego muzyka rockowego jest Kora.


Wysłałam: 25.02.2015r. LOR, SASE, 2 fotografie
Czekałam ok. miesiąca
Adres: Agencja HIGH SPOT

Jak dawno nie było tu nic z "Czasu Honoru"! Mówię tu o głównych rolach. Karolina, czyli Wiktoria, czyli "Ruda". Ruda to chyba moja ulubiona postać kobieca. Chociaż jest jeszcze Lena. No dobra, Ruda to jedna z moich ulubionych postaci kobiecych.
Wbrew pozorom nie jest taka prosta. Żadna z postaci w fabule wojennej nie może być prosta, właśnie dlatego, że jest w fabule wojennej. Wtedy nic nie było proste. Wiktoria jest nie tylko twardym, bezwzględnym żołnierzem. Jest też delikatną, romantyczną, zakochaną kobietą. Na mój rozum niełatwo to połączyć w życiu, a co dopiero na ekranie, i to przez kogoś, kto nie miał możliwości tego przeżyć. "Ruda" to rola życia Karoliny Gorczycy, według mnie sprawdziła się doskonale i ja ją całkowicie kupuję w takiej tematyce. I chcę więcej.

Pozdrawiam
M.J.


piątek, 29 maja 2015

Mateusz Damięcki, Zbigniew Wodecki

M., ogarnij się, dziewczyno, bo chyba najwyższa pora.
Tak jak wspominałam na moim fejsbukowym fanpejdżu (eureka, mam fejsbukowy fanpejdż, na którym dzieje się równie wiele co na blogu), uprzednio nie dodawałam postów ze względu na brak zdjęć. Teraz zdjęcia miałam, ale... nie miałam dostępu do mojego sekretnego (leży na biurku) zeszytu z adresami i terminami. Okej, adresy jeszcze trochę (tak pi razy drzwi) pamiętam, ale na terminy sobie poczekacie (chociaż terminy z tego wszystkiego najmniej akurat Was interesują).


Wysłałam: uzupełnię to kiedyś, serio. 9.02.2015r. LOR, SASE, 2 fotografie
Czekałam ok. miesiąca
Adres: PIAR+ 

Żeby nie było, że tylko dupy mi w głowie, zacznę od jego zdolności aktorskich. Damięckich w polskim kinie jak mrówków, a co jeden, to lepszy. Świetna rola w "Zagubionym czasie". Film niezbyt u nas głośny, a szkoda, bo dobry. Mateusz przeszedł dosyć sporą przemianę do tej roli i wypadł tak, że - przyznam szczerze - byłam pod wrażeniem. 
Rzadko oglądam telewizję (głównie dlatego, że nie mam telewizora), ale "Na dobre i na złe" to taka moja słabość (tak, oglądam telenowelę. JEDNĄ.). Gorzkie łzy wylewam nad scenariuszem, ale oglądam każdy odcinek. Dawno nie było tam tak interesującej postaci jak Krzysztof. Pomimo tego, że wiem, że scenarzyści nie pozostawili już w zanadrzu żadnej tajemnicy, to mimo wszystko oglądając sceny z Krzysztofem/Mateuszem czuję, że jest tam coś więcej. Wiecie, głębia, emocje. To wszystko, czego przeważnie nie ma w serialach. To był komplement dla Mateusza i to jest to, co napawa mnie nadzieją na szeroko pojętą przyszłość.
Dobra, zbliżamy się do kwestii jego wyglądu. Nie odkładajmy tego.
Tego NIESAMOWICIE przystojnego faceta spotkałam całkiem niedawno w bramie na Chmiel... no, nieważne gdzie. Niestety obawiam się, że nie dotarła do niego pełna powaga i romantyzm tej chwili. No bo ogarnijcie. Majowe przedpołudnie. Pada deszcz. Wbiegam w bramę, by przeczekać największą ulewę. Tam czeka on. Wysoki, przystojny, w idealnie skrojonym, granatowym garniturze. Poprawia guzik od marynarki. Podnosi wzrok i wtedy nasze oczy się spotykają, przebiega ten magiczny impuls, a ja...
...orientuję się, że mam na sobie workowate dżinsy i kurtkę z Lidla, jestem cała mokra, bez makijażu, mam związane byle jak włosy i rozdziawioną ze zdziwienia japę. Słowem: romansu wszech czasów z tego nie było. PECH FOREVER.
A kończąc już bardziej serio: kiedyś w jakimś wywiadzie powiedział "nazwisko już mam, teraz muszę zapracować na imię". Drogi MATEUSZU, myślę, że świetnie Ci to idzie!



Wysłałam: uzupełnię! 17.02.2015r. LOR, SASE, 2 fotografie
Czekałam: ok. 3 tygodni
Adres: prywatny.

Dla najmłodszych: tak, to ten pan z "Tańca z Gwiazdami". Dla starszych ludzi w moim wieku (o shit): tak, to ten wybitny Muzyk.
Wsłuchajcie się kiedyś w jego wokal. Jest jednocześnie ciepły, miękki, miły, przejmujący, ostry, emocjonalny, nostalgiczny. Wsłuchajcie się w jego skrzypce. Żeby przekazać pewne wartości nie trzeba żadnych słów.
Myślę, że Pan Zbigniew oprócz przeogromnego talentu muzycznego ma również sporo dystansu do siebie (jak inaczej wytrzymałby tyle lat proszenia o "Pszczółkę Maję" i "Chałupy Welcome To"?), nie boi się wyzwań, lubi eksperymentować i wychodzi mu to naprawdę bardzo, bardzo fajnie.
Ogólnie słucham bardzo wielu i bardzo różnych (nadużywam słowa "bardzo", no cóż, bardzo mi przykro) rzeczy, gatunków, utworów. W moich playlistach przewija się też kilka "kawałków" pana Zbigniewa W. i tak sobie myślę, że to bardzo dobrze, że jest ktoś taki w Polsce. 

Pozdrawiam
M.J.


piątek, 1 maja 2015

Pani Danuta Szaflarska (!)

Można powiedzieć, że zwykłam pisać do Was od święta.
Można powiedzieć, że o Was zapomniałam (chociaż nie zapomniałam, ale przecież można tak powiedzieć. Wszystko teraz można).
Można powiedzieć, że ten wpis jest moim powrotem.
A skoro powrót, to najlepiej huczny! 
Miałam do wyboru napisać o wspaniałym muzyku, gwieździe disco polo (serio), dwóch zdolnych młodych aktorach (i jednym trochę mniej młodym, ale też zdolnym) lub o Legendzie. Wybrałam to ostatnie.


Podpis został zdobyty osobiście.

Panią Danutę spotkałam znienacka. Przyszła do miejsca, w którym akurat byłam. Umówiła się tam z kimś, chcąc-nie chcąc usłyszałam, że było to rodzinne spotkanie. Byłam dosyć blisko ich stolika, a oprócz tego mówili raczej głośno i wyraźnie (jak to na wybitną aktorkę przystało). Wiecie, najbardziej urzekło mnie to, o czym mówili. Nie jestem wredną świnią, nie słucham cudzych rozmów, bo mnie nie interesują, ale czasem po prostu nie da się ich nie słuchać (pozdrawiam wszystkich krzykaczy telefonicznych z komunikacji miejskiej). Na każdym rodzinnym spotkaniu padają teksty typu "A słyszałaś, stryjeczny brat męża cioteczki Marysi zmarł... a jego wnuk, wiesz, ten Stasiek co ma to gospodarstwo na Mazurach ponoć ma się żenić". Pani Szaflarska i jej goście rozmawiali o kulturze, o historii, o teatrze, o górach, o ulubionych miejscach w Warszawie i na świecie.
Wiem, że nie powinnam była przerywać tego spotkania. Kiedy jednak zbierali się już do wyjścia pomyślałam, że więcej taka okazja może się nie powtórzyć, a ja nie darowałabym sobie do końca swojego życia. Grzecznie więc przeprosiłam i poprosiłam o podpis w zeszycie.
Komentarz Pani Szaflarskiej: "Ojej... ale nabazgrałam..."
Ujęła mnie swoim ciepłem, dowcipem, bystrym, młodzieńczym spojrzeniem. Pomimo trzech cyferek w metryczce trzyma się wspaniale.
Wszystkiego dobrego, pani Danuto! Spotkać Panią to zaszczyt.

Pozdrawiam
M.J.

sobota, 4 kwietnia 2015

Stefan Kraft

Jak mawia Jacek Stachurski: "Witajcie kochani"!
Piszę do Was dziś i piszę do Was skromnie, bo przedstawiam tylko jeden podpis. Oficjalnie powiem, że to wszystko zasługa szeregu najlepszych marketingowców, którzy ułożyli mi plan zagospodarowania blogiem, z którego jasno wynika, że właśnie teraz mam Wam przedstawić właśnie ten jeden podpis, by wzbudzić w Was ciekawość, która sprawi, że zapragniecie więcej i więcej EmDżejs Kolekszyn.
Nieoficjalnie zaś Wam powiem, że pozostałe zdjęcia są w aparacie i ni cholery nie chce mi się ich stamtąd wyciągać.


Podpis pochodzi z wymiany z Kasią, której po raz kolejny dziękuję.

Zanim zatopię swoje zęby w jedynym w swoim rodzaju serniku Oreo (który, nieskromnie dodam, zrobiłam sama i który jest najgenialniejszy na świecie) poślinię się trochę do Stefana, a właściwie do wafelków Mannera za jego plecami. BOŻE, TO SĄ NAJLEPSZE WAFELKI NA ŚWIECIE.
Dobra, bo w sumie jest dosyć późno, a mój tyłek i tak ostatnio wymknął się nieco spod kontroli. Jak zacznę o wafelkach to mogę nie wytrzymać i dziabnąć kawałek sernika. Albo dwa. Ewentualnie cały. 
No dobra, to o Stefanie. Ale te wafelki... mmm...
Nie od dziś wiadomo, że kocham skoki. I skoczków. Prawie wszystkich (tak, Peter, to o Tobie). Stefan też powoli wkrada się w moje łaski, aczkolwiek nie ma co liczyć na jakieś wysokie lokaty. Te od dawna są zajęte i na zmiany się nie zanosi.
Stefan jest młody, zdolny, przystojny i coś mu się udało. Gdyby był kobietą, nie lubiłabym go. Z tą przystojnością też mogłabym nie przesadzać, bo jest w nim coś takiego, co trochę mnie niepokoi, a przynajmniej nie przekonuje w stu procentach. Gdybym dalej była nastolatką, raczej nie sikałabym z wrażenia. Ale jakaśtam uroda wystąpiła.
Zaczął mnie przekonywać dopiero w tym sezonie, więc na jakieś ochy i achy jeszcze musicie zaczekać. Póki co jest okej.


Dziżas, nie wiem, rozumiecie coś z tego?

Zdrowych i słonecznych,
M.J.

czwartek, 26 marca 2015

Nicole Scherzinger, Amanda Bynes

Wiecie, nie jestem w nastroju, by silić się na głupie żarty, więc dziś nie będzie dla mnie typowo. Tyle na ten temat, bo nie chce mi się o tym pisać, gadać, myśleć.
Milczałam, bo się wyprowadziłam z domu (znowu), zapomniałam zabrać skanów autografów (znowu) i zostawiłam swoją skrzynkę na listy (znowu, ale i tak nie powiem, żeby po miesiącu pękała w szwach).


Wysłałam: 3.12.2014r. LOR, SASE, 2 fotografie
Czekałam 2 i pół miesiąca
Adres: via 'Cats', Londyn

Dopóki śpiewała w tym girlsbandzie (na które moda przebrzmiała tysiąc lat temu, ale co poradzisz) nie zdawałam sobie sprawy z tego, że w sumie jest utalentowana. I chociaż jej gatunek niezupełnie jest moim, to doceniam i pochwalam. Aby z głową i sensem, co chyba jeszcze ważniejsze. A co wyglądu to się nie wypowiem, z czystej zazdrości. Albo dobra: ma niesamowity kształt ust.


Wysłałam: ok. 12.12.2014r. LOR, SASE, 2 fotografie
Czekałam 2 i pół miesiąca
Adres: Chickiii Productions, Inc. (Fanmail.biz)

Jejku, kiedy byłam raczkującą nastolatką (no, miałam jakieś dwanaście) to filmy z nią należały do moich ulubionych (chociaż nie mogły konkurować z Titanicem, bo to był mój absolutny numer jeden, który mogłam oglądać dniem i nocą i do znudzenia patrzeć jak niegdyś-boski Leo tonie). No co poradzić, idealnie wstrzeliwały się w moje ówczesne gusta - współczesne bajki o kopciuszku i tym podobne. Do dziś gdy natrafiam na nie w bloku tzw. niedzielnego kina familijnego to zatrzymuję się na chwilę z, powiedzmy, sentymentem. Kiedyś oglądałam What a Girl Wants dla tego młodego chłopaka, dziś pewnie zrobiłabym to dla Colina Firtha. Ale X lat po tej fascynacji nie da się tego oglądać na trzeźwo na serio (powiedziała, włączając What a Girl Wants).



Idę za pamięci zabrać następne skany. Do usłyszenia.

Pozdrawiam
M.J.

wtorek, 24 lutego 2015

Bradley Cooper

Okej, już jestem.
Pierwszy nius: oczywiście szablon. Nie powiem, żebym szalała z zachwytu, więc to kwestia tymczasowa (ale, jak powszechnie wiadomo, prowizorka trzyma się najdłużej). Po prostu miałam już dość starego, był nudny, kiczowaty i za każdym razem gdy na niego patrzyłam byłam pewna, że się porzygam.
Drugi nius: oczywiście Oskary. A właściwie to, że - uwaga - frustracji nie będzie. Nie powiem, że wygrali moi faworyci, bo takowych nie miałam. Może poza Birdmanem, bo to film naprawdę rewelacyjny. Ale sama ceremonia strasznie mnie rozczarowała. Serio, nasze rodzime Telekamery bywają ciekawsze. Uwielbiam Neila Patricka Harrisa, ale niestety nie podołał roli prowadzącego. Po ubiegłorocznej Ellen DeGeneres miał naprawdę ciężkie zadanie, starał się jak mógł, ale wypadł dość przeciętnie (nie uwzględniam momentu, kiedy wyszedł na scenę w samych majtkach. To mi się podobało :3 ). Gratuluję twórcom "Idy", ale przemowa Pawła Pawlikowskiego? Dżizas, to był facepalm. Nawet jeśli na tym świecie był jeszcze ktoś, kto nie miał naszego narodu za bandę zaczepnych pijaków, to Pan Reżyser wyprowadził go z błędu. O, zobaczcie. Znalazła się i frustracja!


Wysłałam: 17.10.2014r. LOR, SASE, fotografia
Czekałam dwa i pół miesiąca
Adres: via 'The Elephant Man', Broadway

Jest i Bradley 'Nowy Pupilek Akademii' Cooper! Serio, lubią go tam. Ale z ręką na sercu mogę powiedzieć, że bardzo, bardzo podobał mi się w "Snajperze". Pokazał to, czego do tej pory u niego nie widziałam. Był kompletnie nie do poznania i nie chodzi mi o dwadzieścia dodatkowo przybranych kilogramów ani o bujną brodę. Nie widziałam dobrze mi znanych głupich min, nieco tępego spojrzenia i chaotycznej gestykulacji, widziałam za to dobre aktorstwo. Do tego stopnia dobre, że przez cały seans zamiast "Bradley Cooper" myślałam "Chris Kyle". Polecam film!
PS Bradley może nie jest najprzystojniejszym facetem na świecie, ale... cholera, naprawdę świetnie wygląda w garniturze.

Pozdrawiam
M.J.

wtorek, 10 lutego 2015

Marcin Przybylski

Tak sobie kombinuję i kombinuję, ale nie mam kiedy przysiąść, a muszę przyznać, że coś dla Was szykuję. Taki sjurpriz, jak mawiają Rosjanie. W sumie nie wiem jak mawiają, bo niezbyt dobra w szkole byłam z rosyjskiego (ale nie mówcie tego mojej nauczycielce, bo - żeby było śmieszniej - skończyłam szkołę z piątką na świadectwie).
Uznałam, że ten gość zasłużył na oddzielny wpis. I to taaaaaaaaaaaaaaaaki długi!


Wysłałam: 03.12.2014r. LOR, SASE, 2 fotografie
Czekałam 3 tygodnie.
Adres: Teatr Narodowy

Kto nie zna Marcina, temu bardzo współczuję. Tak, teraz się mądrzę, a prawda jest taka, że sama poznałam go stosunkowo niedawno. Trochę głupio mi to przyznać, ale telewizja jednak czasem się przydaje. Czasem. No bo TEN program jest akurat moją słabostką. Takie guilty pleasure.
Wiecie, pisząc listy zazwyczaj stosuję pewien schemat. Listy są mniej osobiste, można powiedzieć uniwersalne. Tak jest mi łatwiej, bo gdy wysyłam list osobisty, z całym swoim emocjonalnym syfem przelanym na papier, to jest mi tak strasznie wstyd, że mam ochotę przetrzepać każdą listonoszowską (jak to się odmienia? eks-koledzy z polonu, pomóżcie!) torbę na świecie, żeby tylko ten list zabrać, podrzeć, zjeść, wyrzygać, podeptać, spalić i stojąc na szczycie Mount Everestu rozsypać popiół na cztery strony świata. Jeśli mi się to nie uda, modlę się na zmianę, żeby mój list został przeczytany i żeby zgubił się gdzieś po drodze. I rozmazał mój adres. Dlatego też nie wysłałam zbyt wielu osobistych listów w swojej zbieraczej przygodzie, ale przyznaję, kilka się zdarzyło. Poszły do naprawdę, naprawdę ważnych dla mnie osób. Nie wszystkie wróciły z powrotem, ale okej, nad tym staram się nie myśleć.
Wróćmy do Marcina. To był jeden z tych listów. Nie, inaczej. To był NAJGORSZY z tych listów. Poniosło mnie jak cholera. Był tak psychofański, że wybrałam się na sztukę z udziałem Marcina, żeby go osobiście za niego przeprosić, co w sumie wypadło jeszcze bardziej psychofańsko (ta ponura pogoda, wieczór, pusta ulica, mój błędny wzrok i potargany włos). Sama się dziwię, że odpisał. List dotarł do mnie w Wigilię, więc przynajmniej miałam powód do radości w święta.
Marcin (albo Pan Marcin, w sumie nie wiem jaką formę ostatecznie ustaliliśmy, o ile ustaliliśmy ją w ogóle) okazał się przesympatycznym facetem. Pogadaliśmy chwilę, na dobrą sprawę nie pamiętam nawet o czym, ale mam nadzieję, że nie brzmiałam już jak stalker. Pewnie o sztuce, bo muszę przyznać, jest o czym. "W mrocznym mrocznym domu" to jest to, co oglądasz bez mrugnięcia okiem i nawet bez żadnej głębszej emocji/refleksji, ale kiedy pada ostatnie słowo, kiedy aktorzy kłaniają się i schodzą ze sceny, Ty masz wrażenie, że z zaskoczenia dostałeś prosto w ryj od najlepszego boksera świata. To jest ciężar, który na Ciebie spada znienacka i potrzebujesz dobrej chwili, żeby go jakoś udźwignąć. To jest naprawdę mocna rzecz, którą bardzo polecam.
Bardzo się cieszę, że poznałam (i "poznałam" też) Marcina. Zobaczyłam go w TYM programie i od razu poszłam po radę do wujka G., bo kompletnie go nie kojarzyłam. Tym sposobem spędziłam pół nocy na oglądaniu jutubowych nagrań. Powiem jedno: gość jest FANTASTYCZNY. Dziękuję.
Dobra, kończę, bo mogłabym tak jeszcze długo. Zwłaszcza o jego głosie. Zwłaszcza o tych seksownych, dolnych rejestrach (nadal mówię o GŁOSIE, dziewczyny i chłopaki, z naciskiem na dziewczyny, ale jestem tolerancyjna jakby co). Dobra, koniec. Jeśli dotrwaliście do tego zdania to bardzo się cieszę, ale przeglądając statystyki bloga chyba w to powątpiewam.


Pozdrawiam
M.J.

PS Panie Marcinie/Marcinie - jeśli to czytasz, jeszcze raz przepraszam za ten list. Naprawdę tak uważam, ale mogłam to ująć trochę mniej (nie chcę powtarzać "psychofańsko", ale nic innego nie przychodzi mi do głowy)... emocjonalnie (o!). ;)

czwartek, 22 stycznia 2015

E. McGregor (PP), K. Cichopek, Kabaret Ani Mru Mru

Witajcie, Moi Drodzy.
(zajechało powagą)
Piszę, bo mam sesję, a jak wiadomo nawet prywatne życie żubrów jest ciekawsze od nauki. Piszę, bo Wy też macie sesję, co daje mi nadzieję na to, że tu zajrzycie (bo nawet mój blog jest ciekawszy od nauki). I w końcu piszę, bo jeśli tego nie zrobię, to mój blog spadnie w czarną otchłań Internetu, tam gdzie Jola Rutowicz, Chinka Czikulinka, DKA i Idź na całość.
W skrzynce pustki. Być może gdybym coś wysyłała to coś by przychodziło. No jak by to było?


Wysłałam: 4.10.2014r. LOR, SASE, fotografię
Czekałam prawie dwa miesiące, dostałam swoje zdjęcie z powrotem, zdjęcie z nadrukowanym autografem (pre-print) i notką od agenta.
Adres: via 'The Real Thing'

Ewan jest fajnym facetem, chociaż urodą nie powala. Aczkolwiek ma swoich zwolenników, nie twierdzę, że nie. Osobiście podobał mi się (aktorsko, bo ja tą zwolenniczką nie jestem) chociażby w "Moulin Rouge!" (oczywiście). Dobra, nie widziałam z nim zbyt wiele filmów. Przyznaję. Ale ostatnio miał szansę popisać się w "Sierpniu w hrabstwie Osage", bo chociaż jego postać nie była zbyt charyzmatyczna, to zagrał ją bardzo dobrze. A podobno najtrudniej jest zagrać właśnie te najmniej charakterystyczne postaci. ;)



Podpis dostałam w prezencie od mojej koleżanki viki, której po raz kolejny dziękuję.

No tak, tutaj teoria o graniu najmniej charakterystycznych postaci bierze w łeb, bo to by znaczyło, że w operach mydlanych grają najwybitniejsi aktorzy. Serio, muszę to jeszcze przemyśleć.
Pomimo tego, że nigdy do niej nie pisałam, nie mogę powiedzieć, że jej nie lubię. Lubię Kasię Cichopek, pomimo tego, że jest dla mnie zdecydowanie za słodka. Może nie za jej, hm, osiągnięcia aktorskie, ale za inne rzeczy. Za taniec, za urodę, za zaradność, za to, że poza mediami zdaje się być normalną dziewc... kobietą. Nie wiesz co to starość, dopóki nie zdasz sobie sprawy z tego, że Kasia Cichopek jest już po trzydziestce.



Wysłałam: 31.10.2014r. LOR, SASE
Czekałam 1,5 miesiąca, dostałam podpisane zdjęcie.
Adres: Agencja Max Media

Mój ulubiony kabaret z czasów "za dzieciaka". W zasadzie to od ichniego "Supermarketu", "Tofika", "Chińczyka" i "Brzuchomówcy" zaczęła się moja miłość i pasja do kabaretu. Później był "Rolnik" i "Maciej i smok" i było nawet lepiej. I pomimo tego, że wiem, że już nie śmieszą tak jak dawniej, pomimo tego, że od dawna nie uśmiechnęłam się na ich skeczach, to i tak oglądam najnowsze programy z nadzieją, że odkryję w nich to, co niegdyś wywoływało łzy (śmiechu).

Dobra, kończę. Mam sesję, więc jak każdy szanujący się student zabieram się za seriale.
Poza tym soundtrack do "Whiplash" już mi się kończy, a ja bardzo nie lubię siedzieć na sucho. To znaczy po cichu.

Pozdrawiam
M.J.