Jeśli chcesz otrzymywać powiadomienia o nowych postach, podaj swój adres e-mail:

niedziela, 31 marca 2013

Hugh Grant, Zenon Laskowik

Nie, to nie żart. ;) Minęły dopiero cztery dni, a ja już dodaję nową notkę. No cóż, muszę nadrobić zaległości, których - nie ukrywam - trochę mi się uzbierało.
Dziękuję za tak liczny odzew, zarówno tu, w komentarzach, jak i w mailach. Przepraszam, że nie podałam Wam adresu do Pana Krajewskiego, ale mam nadzieję, że rozumiecie moje powody.
Co do mojego pytania o czytanie notek... hm, mam już pewien obraz sytuacji. ;)

Wysłałam: 23.02.2013r. LOR, SASE, 2 zdjęcia
Czekałam 12 dni, dostałam jedno podpisane zdjęcie.
Adres:
Underarm Services, Ltd.
Studio 2
42 Westbourne Grove
London W2 5SH
United Kingdom

Ojejku. "Love Actually" to jeden z moich ulubionych filmów (chociaż momentami można odczuć pewien dyskomfort żołądkowy od nadmiaru lukru), a Hugh był tam fantastyczny (chociaż aktor z niego, hm, dość średni). Oprócz tego miał kilka fajnych ról, chociażby w filmach o Bridget Jones czy "Rozważnej i romantycznej". Niestety na przestrzeni lat został zaszufladkowany do komedii romantycznych, a w innych rolach mógłby wypaść całkiem nieźle...
Czy ten podpis jest autentyczny? Nie wiem. Podejrzewam, że nie, ale pewności nie mam. Teraz jeszcze zauważyłam, że na zdjęciu ucięłam kawałek podpisu...

Wysłałam: 1.06.2012r.
Czekałam dziewięć miesięcy, dostałam podpisane zdjęcie, inne niż większość kolekcjonerów (z czego się cieszę, bo jest urocze).

Z dumą i radością obwieszczam, że najgenialniejszy duet polskiej sceny kabaretowej wszech czasów został skompletowany. Dla młodych, laików, lub po prostu "niewtajemniczonych" przypominam nazwę Kabaretu TEY. Nie wiem, co więcej mogłabym o nim napisać. Jej, ten facet jest legendą! Robił coś, za co spokojnie mógł pójść do paki na długie lata, a mimo to bezczelnie śmiał się do kamery. A ja razem z nim. Od kiedy pamiętam.Teraz jest solo i solo też jest dobry. W końcu ma talent.
PS Ostatnio rozbawił mnie opis autografu Pana Zenona na którymś z blogów: "(...) satyryk, listonosz (...)".



Okej. Został jeszcze jeden dzień świąt, a ja nie złożyłam Wam życzeń. Z racji tego, że dobre jedzenie jest jedynym sensem świąt wszelakich, pragnę Wam właśnie tego życzyć: obżerajcie się! Nie liczcie kalorii, kilogramów i fałdek na brzuchu. Jedzcie, pijcie, radujcie się pełnym stołem. I pijcie dużo mięty.

Pozdrawiam
M.J.

czwartek, 28 marca 2013

Seweryn Krajewski, Piotr Zyla

Witajcie po przerwie. Mam dla Was najgłupszą (ale i najszczerszą) wymówkę dla usprawiedliwienia swojej nieobecności jaką w życiu słyszeliście. Mianowicie: wyjeżdżając z domu nie zabrałam ze sobą skanów autografów, a z doświadczenia wiem, że notki bez skanów nie cieszą się zbytnią popularnością... ;)
Notka nie będzie krótka, a wręcz przeciwnie. Obawiam się, że rozpiszę się jak nigdy, w pewnym momencie wylewając na Was, potencjalnych czytelników, wszystkie swoje złości i gorycze z ostatnich dni. Ale spokojnie, przyjdzie na to czas. Zostaniecie o tym poinformowani odpowiednio wcześniej, więc jeśli nie będziecie chcieli czytać moich przepełnionych wściekłością wypocin, po prostu je odpuścicie. Swoją drogą - jak zapytał kiedyś mój kolega Dejw - ciekawa jestem, czy czytacie moje notki, czy tylko oglądacie zdjęcia i adresy... ;)

Wysłałam: 14.02.2013r. LOR, SASE, zdjęcie
Czekałam 13 dni, dostałam podpisane zdjęcie i... prywatny list od kompletnie obcej mi osoby do drugiej kompletnie obcej mi osoby, rozpakowany, razem z kopertą.
Adres: chyba się Wam przyśniło. ;)

Gdybyście widzieli moją minę, gdy otworzyłam przesyłkę i znalazłam zapisaną drobnym druczkiem kartkę formatu A4 do "kochanej cioteczki". Pomyślałam, że ktoś z biura Pana Krajewskiego wrzucił ją przez przypadek do mojej koperty. Następnego dnia odesłałam list do nadawcy (adres był na kopercie, którą też znalazłam w środku), oczywiście nie czytając go. Mam swoje zasady.
A Pan Seweryn? To mój Geniusz. Jeden z najwspanialszych kompozytorów, autorów tekstów i wokalistów w jednym jakich oglądała polska scena muzyczna.
Muszę, po prostu muszę wkleić jakiś utwór. A że nie mogłam się zdecydować na jeden, wklejam dwa - moje ukochane. W tych przypadkach tekstów nie napisał co prawda Pan Krajewski, ale są cudowne.


Zmieniłam zdanie. Zamiast czterech dodam dziś tylko dwa autografy - notka i tak jest już długa...

Uwaga! W tym miejscu zaczyna się wpis przepełniony wściekłością i nienawiścią oraz ogólnie pojętym "hejtem". Jeśli nie chcesz - nie czytaj. Bardzo możliwe, że jest o Tobie. Z całym szacunkiem.

Wysłałam: 5.02.2013r. LOR, SASE
Czekałam 17 dni, dostałam podpisaną kartę sportowca.
Adres: nie. Sori.

Ten Pan nazywa się Piotr Żyła i jest sportowcem. Nie pajacem, nie showmanem, tylko skoczkiem. I to piekielnie dobrym. Chcę go przedstawić, bo jak widzę na którymś z kolei blogu tekst w stylu "ten autograf jest od polskiego sportowca znanego głównie ze śmiesznych wypowiedzi" to zalewa mnie krew jasna, przejrzysta i ognista.
W tym momencie bardzo żałuję, że nie dodałam tej notki jakiś miesiąc temu, gdy tylko dostałam ten podpis. Teraz przecież Piotrek jest gwiazdą, wybitnym sportowcem (bo przecież dwa razy stał na podium, jej, natychmiast trzeba go docenić), ulubieńcem tłumów, ma tysiące wiernych fanów na fejsie i tak dalej. To nic, że dwa miesiące temu było ich o kilkadziesiąt/set tysięcy mniej. To nic, że gdy nasza drużyna jeszcze do niedawna - jakby nie patrzeć - "klepała bulę" a ja im kibicowałam, to wszyscy pukali się w czoło. To nic, że teraz ci sami ludzie uważają się za najwierniejszych kibiców.
To nie jest tak, że ja im bronię, czy coś. Wiadomo, każdy się cieszy, gdy "nasi" odnoszą sukcesy. Tylko boli mnie, gdy widzę pseudokibiców najgłośniej piejących z zachwytu. Skoki narciarskie to coś, co traktuję bardzo, bardzo serio. Chyba najbardziej na świecie. I - do jasnej cholery! Zobaczymy, gdzie będą ci nowi fani, gdy za kilka miesięcy/lat polscy zawodnicy (odpukać w niemalowane) stracą formę, albo gdy Piotrek (o ile jest to możliwe) przestanie udzielać "śmiesznych wywiadów, z których głównie jest znany". Jeśli zostaną, w myśl zasady "dumni po zwycięstwie, wierni po porażce" - będę przeszczęśliwa. Jeśli nie - ludzi nie zmienię. Ale przynajmniej mogę sobie ponarzekać.
Dziękuję za uwagę.

Pozdrawiam
M.J.

wtorek, 12 marca 2013

Jorge Garcia, Selah Sue, Oceana, Magdalena Cielecka

Niespodzianka!
Piszę tę notkę z całą świadomością tego, że jeśli wszystko pójdzie nie po mojej myśli (a tak zazwyczaj bywa), to mniej więcej przez dwa tygodnie nie dostaniecie nic nowego. Trudno. Jak mawia Robert Górski w jednym ze swoich skeczów "Kto nie ryzykuje, ten nie smakuje". A nóż-widelec trafi mi się jakaś bomba w skrzynce (nie dosłownie, Panie Listonoszu, żartowałam)?

 Wysłałam: 28.12. 2012r. LOR, SAE, zdjęcie
Czekałam miesiąc i 23 dni.
Adres:
22817 Ventura Blvd.
Suite 313
Woodland Hills, CA 91364
USA

Ten Pan to oczywiście niezapomniany Hurley z "Zagubionych" ("...po prostu lubię kurczaki."), ale - nie wiedzieć czemu - mnie bardziej utkwił w pamięci jego gościnny występ w jednym z odcinków serialu "Jak poznałem Waszą matkę". Oczywiście nie jestem w stanie przytoczyć dokładnego odcinka, nie jestem jedną z tych psychofanek, które pod tym względem zawsze mi imponowały.


Wysłałam: e-mail, 7.02.2013r.
Czekałam pięć dni.

Dawno nie było tu żadnych e-mailowych sukcesów, więc przypominam, że takich adresów nie podaję.
A co do samej Sue (to ładniejsze imię niż Selah. Selah brzmi jakby ktoś chciał odchrząknąć) - naprawdę lubię ten numer z reklamy Pewnego Batonu.
PS Inne utwory też ma fajne!


Podpis Oceany otrzymałam w pewnym sensie w wymianie, w pewnym sensie w prezencie od koleżanki Viki, której po raz kolejny bardzo dziękuję. ;)
Kiedyś pod studiem Pewnego Programu miałam okazję spotkać Oceanę, ale... no właśnie - ale. Czy wy też nie lubicie ludzi, którzy nazbierają miliard maleńkich wycinków z gazet i na każdym, KAŻDYM chcą mieć podpis? Ludzie, naklejcie je na coś większego, przecież tam nawet pół autografu się nie zmieści! Ale nie, wytnie miliard zdjęć i zdjątek, zajmie kolejkę na pół godziny, a później Oceana stwierdzi, że jest zimno, ucieknie i tym sposobem tylko jedna osoba będzie miała podpis (lub - jak kto woli - miliard podpisów).
NIENAWIDZĘ takich ludzi. A spróbuj zwrócić uwagę, to jeszcze gotowi policją straszyć.


Wysłałam: 7.02.2013r. LOR, SASE, 2 zdjęcia
Czekałam dwa tygodnie.
Adres:
Nowy Teatr
ul. Madalińskiego 10/16
02-513 Warszawa

To niesprawiedliwe. Jest taka piękna, taka utalentowana i pracowała/pracuje z takimi genialnymi ludźmi. Ma szczęście, że ją lubię.
PS "Zakochani" to przedostatnia naprawdę dobra, polska komedia romantyczna. Polecam. A ten młody Opania...

O jeżu, ja tu gadu-gadu, a tam nasi skaczą. Tyle na dziś, tyle na dziś!

Pozdrawiam
M.J.

sobota, 9 marca 2013

Ellen Burstyn, Anna Mucha, Brigitte Bardot

Moi drodzy,
jest druga w nocy, a ja postanowiłam napisać notkę w oczekiwaniu na live stream koncertu Bon Jovi, który miał zacząć się przeszło pół godziny temu. No cóż, z braku laku dobre i nic, ale przez to moja notka będzie zapewne dość oszczędna w słowach (zapałki podpierające moje zaspane powieki powoli zaczynają się łamać).

Wysłałam: 11.01.2013r. LOR, SAE, zdjęcie
Czekałam: 3 tygodnie
Adres: Via 'Picnic' (nieaktualny)

Ta pani była absolutnie genialna w 'Requiem dla snu'. Film sam w sobie jest dość zapadający w pamięci, do dziś mam przed oczami sceny z ręką Jareda Leto ilekroć tylko igła krzywo wbije mi się w żyłę przy pobieraniu krwi...

Anna M. już raz pojawiła się na tym blogu. Z tego miejsca pozdrawiam Dejwida, który okazał się być jeszcze większym życiowym nieogarem niż ja, a to naprawdę sztuka. Przy okazji upominam się o kolejny zaległy list.

Wysłałam: 28.12.2012r. LOR, SAE, zdjęcie
Czekałam miesiąc.
Adres:
La Madrague
83990 Saint-Tropez
France


Okej, bardzo, bardzo szybko, bo stream właśnie raczył się zacząć.
Notka była z serii zaległych. Nawet nie macie pojęcia jak bardzo powstrzymywałam się przed opisaniem podpisów dwóch absolutnie genialnych, cudownych facetów, które udało mi się ostatnio zdobyć. Wrrr, na nich jednak przyjdzie czas. Przy okazji przepraszam za to małe opóźnienie. Nie wiem kiedy narobiło mi się tyle tych podpisów do opisania, więc może notki pojawią się jakoś częściej. Teraz uciekam.

Pozdrawiam
M.J.