Jeśli chcesz otrzymywać powiadomienia o nowych postach, podaj swój adres e-mail:

niedziela, 21 grudnia 2014

Krzysztof Zalewski, Glenn Close

Ahoj! Jak tam Wasze... pierniki, pierogi, czy co się tam klei pod koniec grudnia? Dobrze? No to dobrze. Mam nadzieję, że zajrzycie tu jeszcze na chwilę. 
Byłam ostatnio na fajnym koncercie. Nawet dwóch. I sztuce teatralnej. Dżizs, jaka ja się kulturalna zrobiłam, muszę się jakoś zchamić. Podróże kręcą Was trochę bardziej od rock'n'rolla, jak widzę. Co powiecie na film i trochę alternatywnego grania?


Podpis zdobyłam osobiście po jednym z koncertów.

 - Idę na koncert.
 - Czyj?
 - Krzyśka Zalewskiego.
 - O Boże, czyj? Znowu jakaś nowa gwiazda, wyrwał się nie wiadomo skąd, pierwszy raz o nim słyszę...
 - Wygrał kiedyś drugą edycję "Idola", miał wtedy takie bardzo długie włosy...
 - To on?! Ej, on jest świetny, też bym poszła!

Tak wyglądała moja rozmowa ze znajomymi za każdym razem, gdy wspominałam im, że idę na koncert Krzyśka.
Krzysztof Zalewski to bardzo fajny facet. Bardzo, bardzo. Nie chodzi tylko o to, że jest cholernie przystojny, chociaż - stety albo niestety - naprawdę jest. Przede wszystkim jest fenomenalnym artystą. Jest bardzo, bardzo muzykalny i bardzo utalentowany. Śpiewa genialnie. Koncert, na którym byłam, był aktem solowym, na dodatek akustycznym. W skrócie rzecz ujmując, gość musiał być jednocześnie perkusją, gitarą prowadzącą, basową, rytmiczną, głównym wokalistą i trzyosobowym chórkiem. I wiecie co? Dał radę. Jak widać nie tylko CeZik to potrafi. ;) Wszystkie wokalizy i skrajnie wysokie/niskie dźwięki w jego wykonaniu wywoływały u mnie ciarki. Cover "Hallelujah" mnie rozczulił, a gdy Krzysiek na bis dowalił jeszcze "Highway to Hell", miałam ochotę wyrwać krzesło i skakać, skakać, skakać (przypominam, dalej mówimy o koncercie akustycznym)! Po koncercie okazało się, że jest nie tylko świetnym muzykiem, ale też świetnym facetem.
Jeśli lubicie ciekawe granie - polecam. Live i nie-live, bo moja płyta w odtwarzaczu już się trochę zdarła.
Macie tu Krzyśka kiedyś, Krzyśka teraz i Krzyśka pomiędzy:



Wysłałam: 25.10.2014r. LOR, SASE, fotografia
Czekałam niewiele ponad miesiąc.
Adres: via 'A Delicate Balance'

Cruella de Mon! Lub, w wersji oryginalnej, de Vil. Kiedyś znienawidzona wariatka, dziś jeden z ulubionych czarnych charakterów ever. Postać tak charakterystyczna i wyrazista, nie tylko ze względu na włosy, które są inspiracją dla naszych rodzimych wanna-be's. Wspaniała! Wielka! Wybitna Glenn Close, nie będąca klasyczną pięknością, potrafiła jednak podbić Hollywood wieloma granymi przez siebie postaciami. Jest też, niestety, jedną z tych Wielkich Przegranych. Mówię tu oczywiście o braku statuetki Oscara, która kiedyś jeszcze coś znaczyła i która należała się jej niejednokrotnie.



Dobra. Jest grudzień. Pomimo mojej antyświąteczności, życzę Wam wszystkiego dobrego. Naprawdę Wam życzę! Wszyscy myślą, że jestem w tym ironiczna, ale ja czasem umiem serio. I to jest właśnie ta chwila.
Życzę Wam dużo szczęścia. Nie tylko na nadchodzące dni, życzę Wam szczęścia w ogóle. Życzę Wam słońca, niespóźniających się pociągów, braku korków na "Zakopiance", tańszych biletów na PKS, nietuczących słodyczy, nierozwiązujących się sznurówek. Życzę Wam otwarcia drugiej linii metra, życzę Wam bezpiecznych wyjazdów i bezpiecznych powrotów. Życzę Wam wielu marzeń i wielkiej determinacji w ich spełnianiu. Być może najbliższy tydzień jest dla Was czymś wyjątkowym, a być może po prostu kilkoma dodatkowymi wolnymi dniami. To nie ma dla mnie różnicy. Życzę Wam dobra na co dzień, nie od święta.

Pozdrawiam
M.J.


niedziela, 7 grudnia 2014

Wojciech Cejrowski, Sara Kulka, Katarzyna Lenhard

Wiecie, byłam wczoraj na fajnym koncercie. Opowiem Wam o nim przy innej okazji, bo przyniosłam z niego pamiątkę, która tematycznie pasuje tu jak znalazł. Zajrzałam jednak do swojego autografowego folderu komputerowego i stwierdziłam, że mam zaległości. HA! Cóż za piękne uczucie, już zapomniałam, jak to smakuje. Nie lubicie rock'n'rolla więc może lubicie chociaż podróże?


Wysłałam: 3.11.2014r. LOR, SASE
Czekałam dwa tygodnie, dostałam podpisaną pocztówkę i mój list z powrotem (po co mi on, lol)
Adres: 
W. Cejrowski Ltd.
00-958 Warszawa 66
skrytka pocztowa 35

Lubię gościa. Jego i jego program. Naprawdę go lubię. Po pierwsze - jest niegłupi, a śmiało mogę powiedzieć, że nawet bardzo inteligentny. Po drugie - wie niemało, a śmiało mogę powiedzieć, że nawet bardzo dużo. Po trzecie - generalnie nie lubię programów zarówno kulinarnych, jak i podróżniczych. Nudzą mnie (co w przypadku programów podróżniczych jest paradoksem). Jego program jest inny. Wojciech Cejrowski potrafi mnie zaciekawić swoim sposobem bycia, swoją inteligencją, poczuciem humoru i umiejętnym opowiadaniem o miejscu, w którym akurat jest. Wie, co ciekawi widza, wie, co nie było powtarzane w tysiącach książek i programów, a co jest warte uwagi. A poza tym też lubię chodzić boso.




Podpisy dostałam w prezencie od mojej koleżanki viki, której serdecznie dziękuję. :)

Uwaga: te Panie są modelkami. I to w zasadzie jedyne, co mogę o nich powiedzieć. No może jeszcze to, że chyba nie są brzydkie, ale jestem hetero, więc się nie znam. Nie powiem Wam nic o nich, bo nie znam ani ich, ani nie znam się na modelingu. Już więcej wiem o sporcie czy polityce, a mam świadków na to, że na tych dwóch ostatnich znam się naprawdę słabo...

Korzystajcie z wolnego czasu jak tylko najlepiej potraficie! Ja myślę, że dzisiejszy pomikołajkowy wieczór to dobry moment, żeby obejrzeć 'Love Actually'. ;)

Pozdrawiam
M.J.

wtorek, 25 listopada 2014

The Baseballs

Witajcie w tym nie do końca radosnym dniu. Co ja gadam, ten dzień ni cholery nie jest radosny. Rano usłyszałam tę wiadomość i do tej pory nie mogę się pozbierać... Takie są jednak koleje losu, coś się kończy, coś się zaczyna... Jedno życie odchodzi, drugie przychodzi. Najwięcej na ten temat może powiedzieć Taylor Hamilton-Forrester, bowiem ginęła już cztery razy. Tak, moi drodzy. Moda na sukces znika z anteny [*] (internetowy znicz jest tu jak najbardziej na miejscu, serio).


Dziś mam dla Was podpisy trójki fantastycznych facetów. Zdobyłam je osobiście po ich koncercie w warszawskiej Stodole w ubiegły poniedziałek. Przy okazji widziałam ich w samej bieliźnie, a później dostałam kilka buziaków. I nic więcej Wam na ten temat nie powiem. Hi hi.
Gdyby nie fakt, że byłam na Bon Jovi i Aerosmith (chwalę się, gdyby ktoś nie skumał), to śmiało powiedziałabym, że to był najlepszy koncert na jakim byłam. Tak to niestety, chłopcy muszą się zadowolić drugim miejscem (Aero jest numerem jeden, a Bon Jovi są zawsze poza wszelkimi rankingami).
Od dawna wiedziałam, że robią świetną muzykę. Ale to, co słyszycie na płytach i jutubowych nagraniach jest góra jedną piętnastą tego, co dzieje się na ich koncercie. Nie ma tego dystansu widz-gwiazda, to jest jedna, wielka impreza, gdzie kilkaset osób bawi się na tym samym poziomie, łącznie z muzykami i technicznymi. Cały czas jesteście wciągani w zabawy i słowne potyczki, trenujecie ciężej niż z Chodakowską, oglądacie striptiz (no, niestety w wersji mini), pożar i pokaz fryzjerstwa lat sześćdziesiątych. Na dodatek przenosicie się w czasie, czyli doświadczacie niemożliwego. Polecam każdemu.
Wiecie, piszę tę notkę (znów to przebrzydłe słowo) już chyba drugą godzinę. Mam miliard innych zajęć, albo po prostu wyszłam z wprawy. Kończ Waść, wstydu oszczędź.


Pozdrawiam
M.J.


Edit: Ej, ej! To jest wpis numer STO! Dzięki i do następnych (dwu)stu! - Wasza EmDżej.

piątek, 17 października 2014

Papcio Chmiel, Jude Law (PP)

Poproszę o dodatkowe ręce, oczy, uszy i mózg. Język nie, bo i tak już gadam za dużo. Mózgi mogą być nawet dwa. I jeszcze poproszę o dodatkowe urodziny, mogą być niedługo, żeby te rzeczy dostać w prezencie. Tylko te urodziny takie bezwiekowe, żeby mi cyferek w metryczce już więcej nie doliczało. Hehe.
Dzisiaj będzie zaszczytnie, tak dla odmiany.


Wysłałam: 11.09.2014r. LOR, SASE, 2 fotografie
Czekałam 11 dni.
Adres: prywatny, proszę nie pytać.

Adres dostałam na zasadzie przysługa za przysługę od... i to jest dobre pytanie, jeżu, od kogo? Kojarzy mi się tylko ze Slashem (tak, tym z Gunsów. Ma się znajomości.), więc jeśli mam ten podpis właśnie dzięki Tobie, to bardzo Ci dziękuję. ;)
Adresu szukałam bardzo długo i bardzo nieskutecznie. Okazało się, że Pan Henryk Jerzy Chmielewski, zwany popularnie Papciem Chmielem, mieszka w kompletnie innej części Warszawy niż myślałam.
A jest Legendą! Przez duże eL! Wychował dwa (a może i trzy) pokolenia, przeżył niejedno, widział niejedno, a mimo wszystko pozostał pogodnym, uśmiechniętym starszym panem z niebanalnym poczuciem humoru. Cieszę się ogromnie, że mam jego podpis w swoim zbiorze. O-gro-mnie!


Wysłałam: 19.11.2013r.LOR, SASE, fotografia
Czekałam 9 miesięcy, dostałam inne zdjęcie z nadrukowanym podpisem
Adres: via 'Henry V' (nieaktualny)

Jude Law jest aktorem bardzo charakterystycznym... w swojej niecharakterystyczności. I przy tym bardzo dobrym. Z pozoru ma taką łagodną buźkę, ale w paru produkcjach zagrał twardziela w wielkim stylu. Polecam filmy z jego udziałem, pod warunkiem, że oglądacie je z napisami. Połowa uroku Jude Law leży w jego głosie i niesamowitym akcencie. ;)

Pozdrawiam
M.J.

czwartek, 25 września 2014

Zenon Martyniuk (Akcent), Robert Sasinowski (Skaner)

Tak, to ja. Proszę nie spluwać i nie przecierać monitorów, nic tu się nie dzieje. Po prostu obawiam się, że wróciłam. Co najmniej na dwa wpisy! I od razu strzelam z grubej rury. Zastanawiałam się czy potraktować Was ambitnie, czy może lekko, łatwo i przyjemnie. Wybrałam tę drugą opcję, bo jestem leniwą świnią i nie chce mi się męczyć, hi hi. O jeżu, mam nadzieję, że mój potencjalny szef nigdy tego nie przeczyta, bo przecież w siwi i innych motywacyjnych brejach uchodzę za osobę ambitną i pracowitą (jak każdy). Boże, naprawdę nie będę mogła posłużyć się tym blogiem jako próbką moich zdolności.



Oba podpisy zdobyłam osobiście.
W latach dziewięćdziesiątych można było wychowywać się na dwa sposoby: albo przy prostych, polskich rytmach, albo przy napływających ze wszystkich stron produktach amerykańskiej popkultury. Do tych drugich w mojej ówczesnej sytuacji nie miałam dostępu, musiałam się więc zadowolić rodzimym nurtem ogólnie pojętego disco polo, na którego czele stał wówczas piękny Zenon M. ze swoim zespołem Akcent.
Ej, z niego naprawdę był piękny mężczyzna, jak mawiała matka mojej przyjaciółki. Ale ja zawsze miałam słabość do długowłosych. Oczy miał takie jasne... no dobra, może i nie był Najlepiej Ubranym Mężczyzną Roku, ale co ja poradzę, w sumie wtedy była taka dziwna moda. No i piosenki miał zgodne z definicją - lekkie, łatwe i przyjemne, ale przy tym jakieś takie... inne. W pozytywnym sensie, oczywiście. Jedni śpiewali, że jestem szalona, a on śpiewał, że największym skarbem jest wspomnienie. Śpiewał też inne rzeczy, ale jak zaczniemy się zagłębiać w ten temat, to mogę się nie wybronić swoimi argumentami.
TAK CZY INACZEJ, poszłam na ten koncert głównie ze względów sentymentalnych.
A, jeszcze Skaner. Ej, Skaner to też był gość! Pamiętam jak zrobiłam z siebie idiotkę przy całej podstawówce przy akompaniamencie jego piosenki. On śpiewał co prawda o lodach na patyku, więc może nie zagłębiajmy się w ten temat, ale to też był gość. Taki boy. American Boy.





Uff, skończyłam ten wpis. Boże, trzeba było jechać ambitnie, może bym się mniej nad tym zmęczyła...

Pozdrawiam
M.J.

czwartek, 21 sierpnia 2014

Jan Wieczorkowski

Tak. Ten dzień znów nastąpił. Mogłam wybrać taki, w którym żar leje się z nieba strumieniami, albo taki, w którym sama królowa (wszystko jedno która, wybierzcie sobie sami) zajechała do naszego pięknego, acz smutnego jak nie powiem co kraju. Ale nie, ja wybrałam taki dzień jak dziś bo wiem, że z pewnością siedzicie teraz przy Waszych komputerkach, maleńkich, małych, dużych i ogromnych (Interesująca sprawa, mówi się, że maleńkie komputery są dla najbogatszych, a te największe dla najbiedniejszych. Paradoksalnie chyba powinno być odwrotnie?).


Wysłałam: 16.03.2013r. LOR, SASE, fotografię
Czekałam rok i pięć miesięcy
Adres: via Na dobre i na złe

Uuu, lubię go. Serio. No tak, wielka nowość.
Wielka Kariera Jana W. (borze liściasty, jakie to jest piękne imię! Jan, Janek, oby nie Jaś czy Jasio, bo szlag mnie trafia na miejscu) zaczęła się dawno temu w trawie, a mianowicie w jakiejś telenoweli... grał Michała, Marcina czy innego Marcela, w każdym razie chyba rzucił to w cholerę, ale wyszło mu na dobre. I na złe, he he he. Później było cicho-cicho, ostatnio chyba stał się trochę modny, ale to nic. Nie przeszkadza mi to. Przystojny facet, dobrze gra, nie gniewam się. No i Władek. Władek w Czasie Honoru. O, przy okazji chciałam pozdrowić fantastyczną kapelę powstańczą, którzy w niedzielę grali na Krakowskim Przedmieściu. Nazywają się Ferajna z Hoovera, są przesympatyczni i megaprzystojni, na dodatek robię im reklamę, a oni się o tym nigdy nie dowiedzą. Serwus!

PS Czy ktoś pamięta, ile wynosi mój rekordowy czas oczekiwania na autograf? Cholera,  nie chce mi się tego szukać...

Pozdrawiam
M.J.

środa, 23 lipca 2014

Neil Patrick Harris

Nie lubicie mnie, prawda? Ja za to nie lubię swojego listonosza. Albo może nie, nie będę kłamała, ja go w sumie lubię, bo to taki poczciwy człowiek, zawsze krzyczy mi "dzień dobry" z drugiego końca osiedla. Więc nie lubię tych ludzi, do których piszę, bo mi nie odpisują. Albo może mi odpisują, tylko te przesyłki do mnie nie docierają. I tu wracamy do listonosza. Cholera, jego lubię, ludzi lubię, więc kogo nie lubię? Muszę gdzieś ulokować te pokłady złej energii, czego by tu nie lubić...

Wysłałam: 17.03.2014r. LOR, SASE, 2 fotografie
Czekałam prawie 4 miesiące, dostałam jedną podpisaną fotografię
Adres: via 'Hedwig and the Angry Inch', Broadway (aktualny do 17 sierpnia)

Ten facet jest absolutnie niezwykły. Korzystając z okazji, że (mam nadzieję) jeszcze czytacie ten post, namawiam, a wręcz telepatycznie zmuszam, do obejrzenia tego występu zamieszczonego poniżej. Sami się przekonacie. Multi-multitalent. Jest genialny. Jest komiczny. Jest homoseksualistą i heteropodrywaczem tego tysiąclecia w jednym. Jest stuprocentowym mężczyzną i stuprocentową glam-divą jednocześnie. Pierdzielę, nie da się opisać Neila Patricka Harrisa jednym słowem. I jeszcze mała uwaga: Neil NIE równa się Barney Stinson, chociaż jakby nie patrzeć, Barney to jego najsłynniejsza rola.
Chaotycznie, ale powinniście wiedzieć, że jeśli u mnie jest chaotycznie, to znaczy, że to naprawdę wielka sprawa.
Chyba trochę ponuro i chyba nie do końca zaspokoiłam Wasze czytelnicze potrzeby, ale u mnie ostatnio jest ponuro, mało wysyłam i nachodzą mnie wątpliwości. Generalnie wszystkim zawsze szybko się nudzę, a tu już pięć lat styka od wysłania pierwszego listu, no nie powiem, trochę wytrzymałam. To nie jest pożegnanie, ale jakby coś, ktoś - uprzedzam (Panie Listonoszu, ciągle jest Pan mile widziany przy mojej skrzynce, o ile nie przynosi Pan rachunków i gazetek z Tes... z marketów).

A teraz oglądać te klipy. Ja widzę, kto nie obejrzał.

Pozdrawiam
M.J.


 

PS Neil zasuwa w szpilkach lepiej ode mnie, co jest dla mnie niepokojące, bo z tej dwójki to jednak ja jestem podobno kobietą.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Jerzy Kamas, Krzysztof Kowalewski

Nic mi się nie chce, nawet dodawać nowego wpisu. A może właśnie z tego powodu go dodaję. Nie wiem, w sumie wyroki naszej psychiki są niezbadane. To znaczy są, ale nie jestem pewna czy komukolwiek chciałoby się badać, dlaczego dodajemy nowe wpisy na blogu. I tu wracamy do początku tego wpisu, więc to koło się jakby zamknęło. Chce mi się obejrzeć coś fajnego, ale obawiam się, że obejrzałam już wszystko, co tylko możliwe. Generalnie miałam odsypiać, ale chyba jednak tego nie zrobię. Po co, skoro można siedzieć na fejsie?


Wysłałam: 27.04.2014r. LOR, SASE, 2 fotografie
Czekałam 16 dni
Adres: Teatr Ateneum

Uwielbiam "Noce i dnie". To jest mój absolutnie ukochany film, bo preferuję wersję filmową od serialowej. Pan Jerzy grał tam Daniela Ostrzeńskiego, brata mojej ukochanej Barbary, czyli wielkiej i genialnej Jadwigi Barańskiej (gdyby ktoś znał jakiś adres kontaktowy, byłabym wdzięczna za wskazówki). I był rewelacyjny, chociaż Daniel jest postacią drugoplanową, w zasadzie niemal epizodyczną. W serialu jest go więcej. I w ogóle Daniel to świetna postać, jest fantastycznie napisana, neurotyczna i zabawna właśnie w tej neurotyczności.
Pan Jerzy w ogóle kojarzy mi się z wielką klasą i elegancją. Z taką... "starą szkołą" pod każdym względem. Naprawdę, naprawdę dobrze. No i dodatkowe plusy za szybką odpowiedź. :)


Wysłałam: 05.05.2014r. LOR, SASE, fotografia
Czekałam 16 dni
Adres: Teatr Współczesny

No nie wiem, chyba nie muszę go przedstawiać? Pan Zagłoba z "Ogniem i mieczem" czy ojciec Judyty z "Nigdy w życiu!" (ej, mimo wszystko lubię ten film) to takie role, które przychodzą mi na myśl jako pierwsze skojarzenia, ale moje serce podbił w "Wyjściu awaryjnym" (genialna Bożena Dykiel, kocham ją tam) jako Komendant Milicji Obywatelskiej. Swoją drogą "Wyjście awaryjne" to kopalnia cytatów. Tak samo jak "Ranczo" i wspomniane już "Noce i dnie".

To nie gniewacie się już na mnie? Świetnie. W takim razie teraz wszyscy odprawiamy teraz rytuały ku zapełnieniu mojej skrzynki, bo jak tak dalej pójdzie to dłuuugo nie zobaczycie nic nowego.

Pozdrawiam
M.J.

czwartek, 19 czerwca 2014

Carey Mulligan, Kathleen Turner

Żyję. To taka wstępna informacja, w razie gdyby ktoś się niepokoił. I chyba nawet trochę mi wstyd. Chociaż chyba nie aż tak koszmarnie wstyd, bo naprawdę nie miałam czasu. Okej, miałam. Dobra, nieważne.

Wysłałam: na początku czerwca, nie pamiętam dokładnej daty; LOR, SASE, fotografię
Czekałam ok. 14 dni
Adres: via 'Skylight' (aktualny)

Carey! Śliczna i taka niewinna, nawet jak gra jakąś zołzę czy idiotkę. Zaczęło się od "Dumy i uprzedzenia", a później było fantastyczne, przełomowe dla niej "Była sobie dziewczyna", gdzie wyglądała jakby była prawnuczką Audrey Hepburn (przy czym za Audrey nie przepadam). I dobry film, tak przy okazji. Ostatnio jest jej coraz więcej, a jednocześnie ciągle mało. To jest akurat fajne, bo nie wyskakuje ludziom z lodówki. Gra rzadko, ale za to z hukiem!
'Skylight' na którego adres pisałam to sztuka teatralna w Londynie, wystawiana do 23 sierpnia. Łatwo znaleźć. ;)

Wysłałam: 05.05.2014r. LOR, SASE, fotografię
Czekałam dwa tygodnie.
Adres: via 'Bakersfield Mist' (aktualny)

Tę Panią pewnie kojarzycie, chociaż nawet o tym nie wiecie! Jej najsłynniejsza rola to chyba postać Joan Wilder, kochanki Michaela Douglasa w "Miłości, szmaragdzie i krokodylu". Puszczają ten film chyba raz w miesiącu, a mimo wszystko zawsze miło na niego spoglądam. Filmów stricte komediowych nie lubię, ale to był w sumie film przygodowy. Przygodowe lubię.
'Bakersfield Mist' to też sztuka teatralna i też w Londynie. Do 30 sierpnia. :)

Pozdrawiam
M.J.

piątek, 23 maja 2014

Artur Chamski, Wojciech Paszkowski

Nie lubicie tych fantastycznych facetów z poprzedniego wpisu? Serio? Takie wysnuwam wnioski po wpatrywaniu się w statystykę bloga... aczkolwiek im dłużej czytam podręcznik do logiki tym bardziej mi się wydaje, że zgłupiałam, więc może wstrzymam się z tymi wnioskami. Jejku, skoro nie podobali Wam się Panowie z poprzedniego postu (posta? chrzanić polon), to nie wiem, czy spodobają się Wam panowie z tego wpisu. Aczkolwiek mnie podobają się bardzo. :)

Wysłałam: 17.09.2010 r. (!!!) LOR, SASE
Czekałam trzy lata i osiem miesięcy, dostałam podpisane zdjęcie i kalendarzyk z nadrukowanym autografem.
Adres: OFC "Siła"

Historia mojej "znajomości" z Arturem C. jest bardzo długa. Lata temu zobaczyłam go w "Na dobre i na złe" i od razu mnie urzekł, bo śpiewał tę swoją "Siłę" - tak jak lubię, sama gitara, miliony świeczek. Typowo telewizyjny obrazek, który ma kupić widza, ale jednak. To było w czasach, kiedy nie miałam Internetu (TAK, pamiętam te straszne chwile) i jakoś z biegiem czasu Artur "wyleciał" mi z głowy. Później zobaczyłam go w Polsatowskim "Jak Oni Śpiewają?", gdzie ostatecznie podbił moje serce i udowodnił, że jest naprawdę, naprawdę genialnym i wrażliwym artystą. Nie wiem, dlaczego do tej pory nie wydał płyty i wolę się nad tym nie zastanawiać, bo wraca mi cała złość (CZŁOWIEKU, WYDAJ COŚ W KOŃCU). Fakt faktem, że kiedy zobaczyłam go ostatnio znów w jakimśtam show, w którym przebierał się za kobiety, mój szacunek i ogromna sympatia do niego nieco przygasły. Dodatkowo przygnębiające jest to, że w szpilkach chodzi, biega i skacze jednocześnie, a ja nie zawsze radzę sobie nawet z chodzeniem. Cholerka, nawet z DREPTANIEM sobie nie zawsze radzę. Dobra, w sumie tyle w jego temacie: dawno temu, ładnie, blabla, geniusz, uwielbienie, blabla, brak płyty. No i fajnie, że w końcu odpisał.

Wysłałam: 21.07.2012 r. e-mail
Czekałam rok i dziesięć miesięcy, dostałam podpisane zdjęcie A5.

Okej, nad tym panem się tak długo nie rozpiszę. Chociaż powinnam, wchodzę na jego filmwebową stronę i wyskakuje mi informacja: Z udziałem tej osoby obejrzałaś 59 tytułów. Co tu dużo mówić, przecież widzieliście "Madagaskar" i wszystko, co jest z nim związane. "Garfielda" też widzieliście, podobnie jak "Potwory i spółkę", że już nie wspomnę o "Kamieniu Filozoficznym" czy "Fineaszu i Ferbie". Zaraz. "Przyjaciele" jako Ross? BOŻE, ISTNIEJE COŚ TAKIEGO JAK "PRZYJACIELE" Z DUBBINGIEM?!
Wracając do Wojciecha Paszkowskiego, obejrzyjcie ten filmik i przypomnijcie sobie kolejnego z mistrzów dubbingu. :)


Nie wstawię tego biegania na szpilkach. Z czystej zazdrości.
PS Na youtube jest wyjątkowo mało wykonań Artura. Tych najlepszych oczywiście brak.

Pozdrawiam
M.J.

czwartek, 15 maja 2014

Przemyslaw Bluszcz, Grzegorz Malecki

Miałam dziś dosyć trudny dzień, ale na jego koniec usłyszałam bardzo dobrą nowinę: Bryan Adams przyjeżdża do Polski (znowu)! Fantastyczny facet, na którego ostatnio mam ogólnie pojętą "fazę". Oprócz tego przeczytałam artykuł o lodach o smakach warzywnych, na które mam zamiar się wkrótce wybrać. Po pracy jadłam TAKIE cudeńka, które zasługują na miano Cudu Świata i Legalnego Narkotyku, bo lepszej rzeczy ze świecą szukać. A poza tym wszystkiego najlepszego dla wszystkich Zoś i Zosieniek. Sama jestem Zośka, to się z Wami identyfikuję, babeczki.

Wysłałam: 08.08.2012r. LOR, SASE, fotografię
Czekałam rok i 8,5 miesiąca, dostałam podpisane zdjęcie i kartkę.
Adres: Teatr Ateneum.

Chwilkę czekałam na ten podpis, ale było warto. Parę dni po tym, jak wysłałam list, spotkałam go w tramwaju, ale z wrażenia zapomniałam, jak się mówi...
Okej, widziałam go w kilku rolach, ale skradł moje serce w "Czasie Honoru". A później po raz drugi, w "Przepisie na życie". Dwie kompletnie skrajne role, a on je zagrał jak największy geniusz. I to praktycznie w tym samym czasie. Nie wiem, w której roli go wolę. Albo dobra, wiem. Ale Prawdziwi Patrioci wypędzą mnie z kraju jak się przyznam do tego, że największą przyjemność sprawiało mi oglądanie scen, w których Rappke torturował Polaków... Naprawdę, naprawdę genialne sceny!

Wysłałam: 17.03.2014r. LOR, SASE, fotografia
Czekałam 1,5 miesiąca
Adres: Teatr Narodowy

Wiecie, ile czasu ta fotka leżała w mojej szufladzie zanim ją wysłałam? Długo. BARDZO długo. Pewnie kilka lat (!). I nie wiem, dlaczego tak długo czekałam. Przecież Grzesiek jest cudowny! Owszem, jakoś bardziej pasuje mi do ról komediowych, ale ponoć w dramatach też sobie nieźle radzi. No i nie można mu odmówić urody. Pomimo tego, że to nie do końca "mój typ", to ma coś takiego w twarzy, co przyciąga czło... no dobra, kobietę. ;)

Pozdrawiam
M.J.

czwartek, 8 maja 2014

Michelle Williams

Jak obiecałam, tak robię: dziś przesyłka prosto z Hollywood, krainy płynącej kasą, sławą, nieszczęściem, seksem i rozpustą. I często talentem, chociaż nie zawsze.
Co u Was? U mnie pada. Chociaż nie, czekajcie, właśnie przestało. Muszę wrzucić do torebki płaszcz przeciwdeszczowy, bo przecież nie pójdę na Juwenalia z parasolką...
Nie mam natchnienia na pisanie wpisów. Najchętniej napisałabym jakiś kryminał, albo nawet por... poruszającą historię o miłości. Albo lepiej! Obejrzałabym dobry film. Jakieś propozycje?


Wysłałam: 12.03.2014r. LOR, SASE, 2 fotografie
Czekałam 1,5 miesiąca.
Adres: via 'Cabaret'

Michelle to przede wszystkim Marylin Monroe. To jak dotąd jej najgłośniejsza rola, która ponownie postawiła ją na hollywoodzkim piedestale, przyniosła Złoty Glob i nominację do Oscara. Jako Marylin była... urocza. To pierwsze i chyba tak naprawdę jedyne słowo, które przychodzi mi na myśl o MM - zarówno filmowej, jak i tej prawdziwej. Chociaż nie, jest jeszcze jedno: nieszczęśliwa. Niestety.
Rola bardzo dobra, chociaż momentami pojawia się gdzieś z tyłu głowy taka myśl "to tylko Michelle Williams". Niektórych osób po prostu nie da się perfekcyjnie zagrać. ;)
Poza tym - była świetna w "Tajemnicy Brokeback Mountain", chociaż sam film nie wbił mnie w fotel (pomimo Heatha Ledgera grającego tam główną rolę). Mimo wszystko polecam.

Pozdrawiam
M.J.

czwartek, 1 maja 2014

Bracia, Boleslaw Krawczyk

Wybrałam się dziś na grilla. Cała masa... różnych pysznych rzeczy do picia i jedzenia wylądowała w moim koszyku, na nich kocyk, aparat i balsam do opalania. I było pięknie! Było naprawdę cudownie! Przez pierwszą godzinę. Później żałowałam, że nie wzięłam ze sobą kożucha. No cóż, zima zaskoczyła grillowców na Mazurach (przy czym nie wiem, czy istnieje słowo "grillowiec", ale udawajmy, że tak). Dzisiaj notka dość niemrawa pod kątem autografów, ale co ja na to poradzę, że nie mam dla Was żadnej petardy. W następnym wpisie będzie coś prosto z Hollywood, ale póki co musicie się zadowolić czymś z naszego rodzimego padołka.

Wysłałam: 17.03.2014r. LOR, SASE
Czekałam 17 dni.
Adres: Rock House Entertainment

OJESU jak ja kocham głos Piotra C. Bo - jeśli mam być szczera - ich zespołowe dźwięki raczej średnio mi podchodzą. Prócz jednej piosenki. Ale ten głos? Gdyby nawet Piotrek śpiewał instrukcję obsługi kserokopiarki na melodię "Ona sprząta dla mnie czy cokolwiektam robi" to i tak byłabym zachwycona. To jest ten typ głosów, przy których mam ciarki na każdym dźwięku. Tak przy okazji - Piotrek, jeśli kiedykolwiek to przeczytasz (co jest oczywiście cholernie wątpliwe, ale jednak): zaśpiewaj coś Springsteena!

Nie szukajcie w wyszukiwarkach. Ten gość nie ma nawet notki w Wikipedii. Ale kurde, jeśli ten ogromny napis jest prawdą, jeśli jeździł na rowerze przez 24 godziny bez przerwy chociażby na głupie, krótkie siku, to ja mam do niego wielki szacun. Wielki. Bo dla mnie dziesięć minut to dużo. Taki ze mnie sportowiec.

PS Bardzo nie lubię 'Nothing Else Matters' w oryginale. A w tej wersji ją polubiłam. ;)

Pozdrawiam
M.J.

środa, 23 kwietnia 2014

Kamil Stoch, Dawid Kubacki, Jan Ziobro

Dziś sportowo. Znowu. Jak to tak, przecież ja i sport to wiecie, my tak razem to nie bardzo. Ale ja i sportowcy to inna bajka, tu już bardzo-bardzo. ;)
Dobra, nie mam wielkiego pomysłu na ten wpis. Napiszę tylko to, co trzeba. Wybaczcie.

Pewnego pięknego dnia spotkałam się z trzema niesamowitymi facetami... ;) I tak w moim zbiorze po raz kolejny zagościły podpisy Kamila i Dawida, a dodatkowo także Janka. Nie wiem, dlaczego zdjęcia wyszły takie, jakie wyszły. Technika mnie nie lubi.
Nie będę się po raz enty rozpływała nad cudownością Kamila (chociaż jak wspominam tamten dzień to NAPRAWDĘ o to trudno). I od razu sprostuję: nie pchałam się do niego. Ani po autograf, ani po wspólną fotkę. Tak po prostu... wyszło. Los chciał, że jak zbliżyłam się do początku kolejki, to Dawida akurat zmienił Kamil i chcąc-nie chcąc (nie chcąc, aha, kogo ja oszukuję) zrobiłam sobie zdjęcie z Kamilem. Z Dawidem też, bo trzeba mieć tu, a nie tu (dobra, to powiedzenie bez pokazywania ma niewiele sensu).
Chłopcy są naprawdę cudowni! Tylu ludzi na raz to ja chyba nigdy w życiu nie widziałam, a oni z uśmiechem na ustach każdemu odpowiadali, z każdym się witali, przytulali i tak dalej (wiem, że pewnie w umowie pod gwiazdką mieli to, że nie mogą narzekać, ale still). Kilka długich, ciężkich bądź co bądź godzin, a oni dalej z niesłabnącym entuzjazmem.
Ojej, miałam ich nie wychwalać.

Pozdrawiam
M.J.

PS 13 lajkerów! Szok, niedowierzanie, halucynacje z niedożywienia. Zapraszam do działu "Wymiana".

niedziela, 13 kwietnia 2014

Ireneusz Czop, Przemyslaw Stippa

Witam Was dziś bezwenowo, beztwórczo i beznastrojowo. Dziś będzie bez polotu. No bo dajcie spokój, niedziela. Niedziele są głupie. Gdybym obudziła się w środku dżungli bez telefonu, bez kalendarza, generalnie odcięta od świata i tak byłabym w stanie powiedzieć, kiedy jest niedziela. Bo niedziele mają tak idiotyczną atmosferę, że aż boli.

Wysłałam: 7.12.2013r. LOR, SASE, fotografię
Czekałam prawie 3 miesiące.
Adres: Teatr im. S. Jaracza

O "Pokłosiu" mówiłam już przy okazji wpisu o Maćku Stuhrze, który razem z Ireneuszem Czopem stworzył tam naprawdę, naprawdę genialny duet. Bardzo dobra rola, bardzo dobry film, polecam, polecam, polecam!
A poza tym od czasu do czasu lubię zerknąć na niego w którymś z seriali. Jak trafię, to oglądam. Nie wiem jaki ma tytuł, cośtam o psie, Antek Pawlicki też tam gra. Taki Ksiądz Mateusz z psem. I bez sutanny. Wszystko jedno, każdy serial jest o tym samym. Chodzi o to, że jestem zachwycona, bo komedia to ostatnia rzecz, z którą powiązałabym Ireneusza Czopa. A on jest po prostu multiutalentowany (trudne słowo, uwaga) (ciekawostka: podkreśla mi to słowo na czerwono. Okej, nie wiem, czy ono na pewno istnieje. Komputer mi proponuje słowo "multipleksowany").

Wysłałam: 24.02.2014r. LOR, SASE, 2 fotografie
Czekałam 3 tygodnie, dostałam 2 podpisane fotografie i list.
Adres: Teatr Narodowy

Po pierwsze: Przemek strasznie przypomina mi Jamesa McAvoy'a, którego uwielbiam. Okej, wiem, że w tej chwili wszyscy, którzy otworzyli ten link powiedzieli "pfff, niby z której strony?", ale to się nie da tak na zdjęciu. Ich trzeba gdzieś obejrzeć i dopiero wtedy porównać.
Po drugie: moja mama ogląda wieczorami taki serial. Serio nie wiem, co się tam dzieje, bo oglądam tylko jeden wątek. Jak słyszę głos Przemka, to przychodzę przed telewizor, siadam, oglądam. Jak Przemek znika, wychodzę. I tak za każdym razem.
Uwielbiam go. On ma w sobie coś takiego, jakiś magnetyzm, jakąś delikatność, tajemniczość. Powiedziałabym nawet, że jest w nim coś starodawnego. On przyciąga i rozkochuje. I ten głos, taki miękki. I w ogóle przystojny facet, dziewczyny, nie wmówicie mi, że jest inaczej.
Poza tym - odpisał na mój list! Znaczy kulturalny i docenia swoich fanów. To mi się bardzo podoba.
O! Odnośnie do sobowtórów, to jeszcze mała kryptoreklama (za którą znów nikt mi nie zapłaci): w absolutnie świetnym miejscu, a mianowicie knajpie "U Szwejka" na Placu Konstytucji pracuje kelner, który spokojnie mógłby być bliźniakiem Przemka/Jamesa (chociaż moja koleżanka twierdzi, że przypomina raczej Roberta Lewandowskiego).

Pozdrawiam
M.J.

wtorek, 1 kwietnia 2014

Urszula Sipinska, Kabaret Hrabi

Okej, kolega Arkadiusz mnie tu molestuje [molestowanie - zachowanie naruszające godność osobistą poprzez natrętne i uporczywe naprzykrzanie się - Wikipedia, dostęp 01.04.2014r., godz. 21:44], żebym dodała wpis na jego cześć. Ba! Każdy by chciał. A na taki zaszczyt trzeba sobie zasłużyć. No dobra, on chyba trochę zasłużył. Trochę.


Wysłałam: 30.09.2013r. LOR, SASE, 2 fotografie
Czekałam prawie 5 miesięcy.
Adres: prywatny... w pewnym sensie. ;)

Znacie takiego weselno-dniomatkowego wycierucha "Cudownych rodziców mam"? To jest naprawdę ładna piosenka. Płakałam, kiedy ją pierwszy raz usłyszałam. A później usłyszałam ją jeszcze pierdyliard razy na każdym apelu dla rodziców, każdym zakończeniu roku szkolnego, każdym szkolnym balu, każdym ślubie, każdym weselu i generalnie na WSZYSTKICH kiczowatych imprezach świata. W każdym razie, tę piosenkę właśnie śpiewa(ła) Pani Sipińska. Wolała - cytuję, aczkolwiek nie wiem, czy dobrze - "zaskoczyć wszystkich, że już nie śpiewa, niż po latach zaskakiwać wszystkich, że jeszcze śpiewa". Poświęca się teraz innej branży. Takiej bardziej... wyuczonej. W tych dwóch zdaniach kryła się wskazówka odnośnie do adresu, gdyby ktoś chciał zapytać.
Wracając - lubię Panią Ulę. Głównie za tę piosenkę:


No bo jest taka ładna. Piosenka. Pani Ula w sumie też, no bo ten makijaż na oku, taki ładny!


Podpis zdobył dla mnie kolega Arkadiusz w swej łaskawości i dobroci. Adresu bloga (ani domu) Arkadiusza nie podaję, no bo ile można?

A teraz proszę o chwilę radości i zachwytu nad kolegą Arkadiuszem. Wychwalajmy go pod sufity, zaśpiewajmy "Sto lat", zróbmy owację na stojąco, obsypmy płatkami róż, oblejmy szampanem, zaplećmy wieńce laurowe, rozłóżmy czerwone dywany, po których mógłby stąpać bosymi stopami.
Ojej, dziś Prima Aprilis? Naprawdę? Nie miałam pojęcia...

Hrabi to czwórka absolutnie genialnych ludzi. Od lewej (to ta przeciwna do prawej): Bajer, Aśka, Lopez, Kamol. Byłam, widziałam, płakałam (ze śmiechu głównie, aczkolwiek chyba nie jedynie), POLECAM JAK KSIĄDZ SWOJE RADIO. O nich mogłabym długo. Wolałabym jednak wstawić jakiś skecz popierający moje argumenty. Łatwiej będzie odesłać Was do jutuba, bo jest tego za dużo. Na koniec wstawię jeden z ostatnich skeczów (ciekawostka językowa: mówi się skeczów, nie skeczy i meczów, nie meczy) kabaretu. Polecam zwłaszcza przed wyjściem na jakąś potańcówkę. Czysta prawda.
PS Kiedy pierwszy raz zobaczyłyśmy to z mamą w telewizji to sąsiadka przyszła zapytać, co się stało. A to tylko był nasz śmiech.


Śmiejcie się jak najwięcej!
Pozdrawiam
M.J.

PS Arkadiusz, dzięki!

poniedziałek, 24 marca 2014

Sven Hannawald, Dawid Kubacki, Vladimir Buril

Ale się prosicie o nowy wpis, no, no, kto by pomyślał? Dziś będzie w sumie krótko. Nie mam żadnych nadzwyczajnych wynurzeń do przekazania. Życiowych prawd tym bardziej. Może poza jedną: zielona herbata jest smaczna i zdrowa.

Podpis zdobyła dla mnie moja Agnieszka, której po raz kolejny bardzo dziękuję, chociaż wiem, że i tak tego nie przeczyta (moich znajomych nie kręci czytanie mojego bloga, co jest w sumie smutne).
Niestety nie udało mi się być na tym spotkaniu. Z jednej strony cholernie żałuję (bo uwielbiam Svena, o czym już pisałam, chociaż niezbyt rozlegle), z drugiej może to i lepiej. Jeśli chodzi o angielski to ja nie jestem jakiś nejtiw spiker, a kiedy Sven spojrzałby na mnie tymi swoimi cudnymi oczami, to chyba nie wydukałabym nawet haj, Sven, ołmajgasz, ju ar grejt.
Jeśli chodzi o Svena, zawsze będę na tak. Jego reakcje... fakt, mogły budzić kiedyś niechęć (zero skojarzeń z Gregorem S., co Wy). Nie można było mu jednak odmówić talentu, stylu, techniki, hektolitrów potu wylewanych przy pracy. Wiecie co? On miał cholernie ciężkie życie. Nienawiść polskich kibiców, zaraz później skrajne uwielbienie polskich kibiców, wielkie boom na Hannawalda, anoreksja (bądź plotki o niej), depresja (?) i masa, masa innych rzeczy, o których teraz nawet nie pamiętam, bądź pamiętam źle, więc się nie wypowiem, żeby nie wprowadzać w błąd. Prócz uwielbienia mam do niego ogromny, ogromny szacunek i podziw. Chcę przeczytać tę książkę. Tak bardzo chcę przeczytać tę książkę.

Podpis zdobyłam dzięki wymianie z Wiktorią, której po raz kolejny bardzo dziękuję.
Dawid jest skoczkiem, którego nie ogarniam. W co drugim konkursie zajmuje 31. miejsce (przeanalizujcie sobie, bez kitu), skacze słabo, lub przeciętnie. Jak przyjdzie co do czego to spina poślady, nie wiem, coś się z nim dzieje tam w środku, BOOM, skacze jak marzenie, a później... znowu 31. W Zakopanem był (i nadal jest) moim bohaterem zawodów drużynowych. Wiem, że jest dobry i drużyna może na niego liczyć, ale ja go po prostu nie ogarniam.
Zapomniałabym. Jego sponsor, Manner, produkuje najlepsze wafelki na świecie. Nie, czekajcie. To nie są wafelki. To jest kawałek Nieba. Największa z dobroci. Najcenniejszy ze skarbów. Jejku, nie wie co to rozkosz, kto nie jadł wafelków Mannera. (Sypię reklamami na prawo i lewo, a nikt mi za to nie płaci. Taki skandal...)
PS Dawid ma piękne usta, gdyby ktoś mnie pytał o zdanie.

Podpis zdobyty został osobiście.
Pamiętacie historię o znajomym kogoś dla mnie znajomego? Cóż, wygląda na to, że ten ktoś znajomy oraz jego znajomy postanowili pamiętać o mnie (chyba) na stałe. A że podpisy są zbierane w miejscu zapomnianym przez ludzkość, to nie można tu mówić o jakiś spektakularnych nazwiskach (chociaż ostatnio był tam Krzysiek Hołowczyc, chyba zabłądził). Niemniej miło mi, że mam kogoś znajomego, kto o mnie pamięta, a ten znajomy kogoś znajomego, którego raz poprosił o przysługę, a ten znajomy znajomego pamięta o znajomym i jego znajomym oraz o słowie, które dał znajomemu, sprawiając radość znajomemu znajomego, czyli mnie. Chociaż nie ukrywam, że moja radość byłaby większa, gdybym chociaż wiedziała, kim są ludzie ze zdjęć.

Pozdrawiam
M.J.

wtorek, 11 marca 2014

Mateusz Banasiuk, Artur Pontek

Witam Was. 
Witam Was teraz, póki głowę mam jeszcze dość niezajętą, chwilowo wolną, nieobciążoną, niezapracowaną. Bardzo chwilowo.
Witają Was moje oczy, które zaraz chyba zaczną krwawić, mój nos, który mi odpadnie i moje płuca, które zaraz wypluję. Słowem, wiosna (tak trąbią w radio dniami i nocami). Czas piękny i radosny, ciepły, słoneczny, czas przebudzeń, czas pierwszych, drugich i trzecich miłości, szczęścia i ogólnie pojętej rzyganiny. Oh, wait. Ktoś chyba nie zapytał o zdanie alergików. Wiecie co? Kichać na to.

Wysłałam: 21.10.2013r. LOR, SASE, fotografię
Czekałam prawie 4 miesiące, dostałam swoją fotografię podpisaną z dwóch stron, dodatkową fotografię i podpis na kopercie.
Adres: Agencja Gudejko

On chyba gra w jakimś serialu, nie? Wszystko jedno. I tak nie oglądam telewizji. Przeważnie i nałogowo.
Widziałam go w kilku filmach. Tak drugoplanowo, a nawet epizodycznie, niestety. Bardzo, bardzo chciałabym zobaczyć go na scenie. Chyba swoje ciężko zarobione i zaoszczędzone pieniądze wydam na bilet do teatru. No ale Mateusz sam zaprasza, więc tak jakoś głupio odmówić... A, właśnie. Nie dość, że dorzucił od siebie fotkę gratis (którą przeznaczam na wymianę - z ciężkim sercem, bo jest na niej zabójczo przystojny), to jeszcze na "moim" zdjęciu napisał krótką notkę, w której nawiązał do mojego listu. Przynajmniej wiem, że go przeczytał. Punktuje chłopak, oj, punktuje. ;)

Wysłałam: 14.12.2013r. LOR, SASE, fotografię
Czekałam 2 miesiące, dostałam podpisaną fotografię + notatki na kopercie
Adres: Teatr Capitol

Po pierwsze: RUDZI SĄ FAJNI!
Naturalni rudzi zawsze są fajni. Wredni są tylko ci farbowani. Wiem co mówię, bo sama się farbuję.
A dowodem na potwierdzenie mojej tezy jest właśnie Artur P. No bo kurka wodna, czekałam na autograf DWA MIESIĄCE, a on mnie przeprasza, że to trwało tak długo?! Dziękuję bardzo. Nawet, jeśli dwa miesiące to dla mnie jak okiem mrugnąć.
Po drugie, on jest z "tych śmiesznych". On ma vis comica w twarzy. W sposobie bycia. Nie wiem w czym konkretnie, ale jak tylko się na niego patrzy, to się ma ochotę uśmiechnąć. Tak jakoś ciepło się robi. Tak jakoś... no nie wiem, fajnie. Lubię go jak cholera i nigdy w życiu nie uwierzę, że on ma tyle lat, ile ma. Ja mu daję dychę mniej.

Pozdrawiam
M.J.


PS Nie mogę się nie pochwalić, za bardzo nieskromna na to jestem: zdałam filozofię i genetykę, dwa cholernie trudne egzaminy, możecie mówić mi "pradawny mędrcze" lub dalej po prostu M.J.