Jeśli chcesz otrzymywać powiadomienia o nowych postach, podaj swój adres e-mail:

wtorek, 23 lipca 2013

G. Schlierenzauer, M. Koch, M. Hirscher

Okej, dość już tego.
Nie pisałam, bo chciałam zostawić sobie jakąś bramkę, jakieś wyjście awaryjne, rezerwę, bla, bla, i tak dalej. Ale ile można? W końcu dojdzie do tego, że o mnie zapomnicie, a mój blog zgnije w czczych odmętach bagna szerzej znanego jako Internet.
Wracamy do sytuacji sprzed roku, dwóch, trzech... Nie wiem, co zrobiłam swojemu listonoszowi, ale najwyraźniej bardzo go to uraziło, bo przynosi mi tylko rachunki. W zasadzie nie tylko, bo przynosi mi też gorsze rzeczy. I zaproszenie na wesele. No ale przecież już wspomniałam o "gorszych rzeczach". Tak na wszelki wypadek: oficjalnie przepraszam wszystkich listonoszów świata (teraz czekajcie na lawinę z Waszych skrzynek)!


Pisałam w sprawie jednego, dostałam trzech. Niestety tylko na papierze (jeśli wiecie, co mam na myśli).

Wysyłałam e-mail. Adresu oczywiście nie podaję, ale bardzo dziękuję Kolekcjonerce
Wysłałam:  30.06.2013r.
Czekałam 3 dni (!!!).

Uwielbiam Gregora Schlierenzauera i nie wstydzę się głośno do tego przyznać. Za co go uwielbiam? Paradoksalnie za wszystko to, za co nienawidzi go cała reszta świata. ;) Mianowicie za OGROMNY talent, wolę walki, młodość (taki sukces w takim wieku? normalnie w takich sytuacjach z mojej strony lecą "hejty" i szczera nienawiść, a nie uwielbienie. Wiedz, że coś się dzieje!), teatralność, zadziorność i bezczelność. Bo chodzi o to, że w tej całej otoczce Wielkiego Schlierenzauera, w tych teatralnych gestach i wybuchach emocji w stronę sędziów tkwi ogromny, wyrazisty charakter. A ja obok takich charakterów nie przechodzę obojętnie.
Do Martina Kocha nie żywię aż takich emocji, ale zawsze zwracam na niego uwagę podczas zawodów, więc jest to bardzo przyjemny bonus.
Trzeciego pana nie znam w ogóle. Nie mam pojęcia kim on jest, przyznam to od razu. Dostałam ten podpis jako dodatek i... ej, no przecież nie wyrzucę!

Pozdrawiam
M.J.

poniedziałek, 8 lipca 2013

Kabaret Moralnego Niepokoju, Magda Stuzynska

Wiecie, kiedy jakiś czas temu przeczytałam, że Bartek pomimo wakacji na nic nie ma czasu, pomyślałam "e, bujda". Teraz chyba nie pozostaje mi nic innego jak wszystko odszczekać. Ja też dziwnym trafem nie mam na nic czasu, czego rezultatem jest chociażby opóźniona notka. Nie, żeby moja skrzynka pękała w szwach, ale mimo wszystko mała kolejka do opisania już się utworzyła.


Podpisy Kabaretu Moralnego Niepokoju oraz Magdaleny Stużyńskiej (nie zaliczam jej do tej grupy. Jakoś mi tam nie pasuje...) zdobyłam osobiście po ich występie w moim mieście.

Występ jak najbardziej na plus. Może to już nie to samo, co kiedyś, ale warto było pójść. Cała grupa wykonywała swoją pracę na wysokim poziomie, zero odpuszczania, zero obijania się. Po występie wyszli do fanów i bez problemu podpisywali to, co im się podsuwało pod nos, rozmawiali, żartowali, uśmiechali się (pomimo tego, że dosłownie za chwilę mieli mieć występ w innym mieście). Najsympatyczniejsza wydała mi się właśnie Magda Stużyńska. Od tej dziewczyny (nikt mi nie wmówi, że ona wygląda jak stateczna kobieta, toż to niemal nastolatka!) bije niesamowite ciepło samo w sobie, a jak zobaczyła zdjęcie, które jej podałam, to tak się do mnie uśmiechnęła, jakby nie sądziła, że ktoś może prosić ją o autograf.
Na książce "Jak zostałem premierem" chciałam mieć podpis jedynie Roberta Górskiego. Niestety panował tam taki chaos, że zanim zdążyłam zareagować, zamiast jednego podpisu miałam już trzy. Prawdopodobnie było to konsekwencją tego, że pogrążyłam się w pogawędce z Robertem Górskim (Mistrzu!), w trakcie której wyszłam na Groupie. Aż się facet cofnął. No, nieważne. Inna historia.

Pozdrawiam
M.J.