Jeśli chcesz otrzymywać powiadomienia o nowych postach, podaj swój adres e-mail:

czwartek, 27 sierpnia 2015

Thomas Diethart, Andreas Wank, Harri Olli, Jurij Tepes, Marinus Kraus, Stefan Kraft

Przyszła pora i na mnie. Na mnie i moje wspomnienia z Wisły. Część pierwsza:


Wszystkie podpisy zdobyłam osobiście podczas LGP w Wiśle w 2015 roku.

I teraz powiem Wam, jak to było i jak było. Bo ja w ogóle nie planowałam w tym roku jechać na skoki. Planowałam siedzieć w swojej pracy marzeń (którą rzuciłam, swoją drogą) i za psie grosze harować od rana do nocy. No ale pojechałam. I dostałam się do tak zwanych VIP-ów. Dostałam akredytację, nie płaciłam za bilet, a wszystko rozgrywało się centymetry ode mnie. Przysięgam. Płaciłam tylko za bilet na pierdolino (okazyjne dwie dychy!!!) i nocleg w najpiękniejszym miejscu na świecie. Kurna, ludzie, ja nie ogarniam, jak to się stało. M.J. miała więcej szczęścia niż rozumu i cudem jest nie to, że ja się w tych VIP-ach znalazłam, ale że ja tam cokolwiek zdobyłam. I że nie padłam na zawał wracając do hotelu, bo musiałam zapieprzać trzy kilometry pieszo, nocą, przez las. No, przez las było jakieś pół drogi, ale dżizys! Bo to wiadomo, co tam się czai? Niedźwiedzie, barszcz Sosnowskiego, napalony Peter Prevc? Nie wiem, co gorsze.
Byłam tam z koleżanką, która za skokami nie do końca teges, ale za to miała samochód i dobrze znała okolicę, więc pokazała mi różne zakątki. Co za tym idzie: całodobówki pod hotelem nie było. Nie tym razem.
Same skoki... no cóż, wyczuwam modę na Dawida Kubackiego. ;) Poza tym Wisła to nie Zakopane, nie było tej genialnej atmosfery, ale z drugiej strony była lepsza widoczność - nie atakowały mnie flagi ze wszystkich stron.
Dobra, resztę napiszę przy części drugiej. Niech no ja to tylko ogarnę...

Pozdrawiam (i jaram się na nowo!)
M.J.